Od Kanady do Meksyku. Piechotą przemierzyli zachód USA

0
fot. Once Upon a Hike

Szlak Grzbietu Pacyficznego prowadzi przez całe zachodnie Stany Zjednoczone, od granicy z Meksykiem aż do Kanady. Jest jednym z najdłuższych i, zdaniem wielu, najpiękniejszych szlaków świata. Ma ponad 4 tys. km, a przeszła go dwójka studentów prawa: Kinga Rabęda z Mysłowic i katowiczanin Grzegorz Zych. Są najmłodszymi Polakami, którzy tego dokonali. Rozmawiamy z nimi o tej podróży. 

Bogumił Stoksik: Jak to się dzieje, że dwójka studentów ze Śląska przechodzi przez cały szlak pacyficzny? To ponad 4,2 tys. km.

Grzegorz Zych: Zawsze lubiliśmy się trochę tułać. Jeździliśmy autostopem po Europie. Jeśli chodzi o Pacific Crest Trial, to dwa lata temu zobaczyliśmy film „Wild” z Reese Witherspoon, w którym główna bohaterka przechodzi przez ten szlak.

Kinga Rabęda: Dwa lata temu PCT przeszła też pierwsza polska ekspedycja, chłopaki z Częstochowy. Pomyśleliśmy, że jeśli oni dali radę, to my też sobie poradzimy. Skontaktowaliśmy się z nimi.

Ile kosztuje taka wyprawa?

G.Z.: To zależy od osoby. Słyszeliśmy o chłopaku, który, nie licząc kosztów sprzętu i biletów lotniczych, przeszedł PCT, mając jakieś 4 tys. euro. Po prostu korzystał z dobroci ludzi na szlaku, którzy są tam naprawdę niesamowicie życzliwi.

K.R.: Na szlaku są tzw. hikerboksy, w których ludzie zostawiają sprzęt, jedzenie. Jeśli ktoś chce, to po prostu z tego korzysta, można w ten sposób sporo zaoszczędzić. My wydaliśmy ok. 90 tys. zł na dwie osoby. A to też nie jest półka, za którą można tam jakoś luksusowo przeżyć. Jedzenie i sprzęt są naprawdę drogie. Popełnialiśmy też dużo błędów, np. spędziliśmy dwa tygodnie przed rozpoczęciem wędrówki w Los Angeles, gdzie wydaliśmy niepotrzebnie sporo pieniędzy. Następnym razem wydalibyśmy pewnie dużo mniej. Naprawdę da się jednak oszczędzać: niektóre hostele na szlaku mają opcję, że można w nich spać w zamian za pracę. Poznaliśmy nawet chłopaka, który po prostu żył na tym szlaku: jedząc jedzenie z hikerboksów i pomieszkując w hostelach za darmo.

G.Z.: Żeby zarobić na ten wyjazd, pojechaliśmy do Anglii. Ja pracowałem w sklepie spożywczym dziewięć godzin dziennie, Kinga całymi dniami w Strarbucksie.

Pieniądze są ważne, ale bez kondycji i olbrzymiego samozaparcia nie da się tego zrobić.

G.Z.: Planowaliśmy trenować podczas pobytu w Londynie, ale całodniowa praca trochę zweryfikowała ten plan. Ostatecznie po prostu nie trenowaliśmy. Fizycznie całodniowy marsz jest oczywiście męczący, ale zmęczenie ustąpiło innym problemom, których się nie spodziewaliśmy. Jak się idzie miesiąc, to nie ma co robić. Walcząc z innymi problemami, o chodzeniu się zapomina.

K.R.: Początkowo szliśmy jakieś 25 km dziennie i tak przez parę tygodni, więc fizycznie nie było to zbyt trudne. Nawet kiedy było ciężej, nie dopuszczaliśmy możliwości zrezygnowania ze szlaku, bo przecież nie wolno tak bez sensu skończyć na początku. Dla mnie prawdziwym problemem było wyjście ze śpiwora, kiedy na dworze było zimno, a my byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Dlatego za każdym razem, gdy się budziliśmy i nie chciało nam się wstawać, skupialiśmy się na myśli, że bilet jest już kupiony, więc trzeba iść dalej. Pod koniec czerwca dotarliśmy do północnej Kalifornii. Tam było bardzo ciepło, więc problem wstawania zniknął. Wtedy zaczęły się najdłuższe odcinki, jakie robiliśmy na całej trasie, czasem 50-60 km dziennie.

Co z bezpieczeństwem na takim szlaku?

K.R.: Były pewne niebezpieczeństwa, ale zupełnie inne niż zakładaliśmy wcześniej. Najbardziej niebezpieczne jest przechodzenie przez rzeki, w których czasem, kiedy topnieje śnieg, nurt jest bardzo wartki. Zdarzają się wypadki śmiertelne. Przed rozpoczęciem szlaku pojechaliśmy do tzw. aniołków szlakowych, Scouta i Frodo. To para emerytowanych hikerów, którzy przeszli PCT dwie dekady temu. Od tego czasu działają w organizacji PCTA i pomagają innym śmiałkom, którzy zdecydowali się przejść przez PCT. Mieszkają w San Diego, niedaleko granicy z Meksykiem, i goszczą u siebie przyszłych thru-hikerów, edukując ich w kwestii poprawnego zachowania na szlaku, m.in. właśnie bezpiecznego przechodzenia rzek. Szlak i ludzie wokół niego dbają więc o to, żebyśmy byli bezpieczni.

G.Z.: Tak naprawdę największym zagrożeniem na szlaku jest człowiek. Dla samego siebie. Na początku baliśmy się zwierząt, bo są potencjalnie najgroźniejsze: pumy, grzechotniki i niedźwiedzie. Te pierwsze uciekają, kiedy się zbliżysz. Niebezpieczne są tylko, gdy podejdziesz do miejsca z ich zapasami jedzenia. Grzechotniki nie są specjalnie agresywne, ale jest ich dużo. Jeśli ktoś idzie ze słuchawkami na uszach, to może ich nie zauważyć, mimo że ostrzegają przed sobą. Natomiast niedźwiedzie, które widzieliśmy, zachowywały się bardziej jak jelonki. Kompletnie nas ignorowały, dopiero gdy się zbliżaliśmy, uciekały. Podobno mogą być agresywne, jeśli natkniesz się na młode z mamą. Innym niebezpieczeństwem mogły być też warunki pogodowe. Taką sytuację mieliśmy w Sierra, w połowie maja przeszło tam kilka burz śnieżnych z piorunami. Zdecydowaliśmy, że przeczekamy w bezpiecznym miejscu i po prostu zrobiliśmy kilka dni wolnego, dopóki pogoda się nie poprawiła. Natomiast niektórzy ludzie na szlaku ignorowali ostrzeżenia pogodowe, a nawet łapali grzechotniki!

K.R.: W lipcu przy 30-stopniowym upale jest mnóstwo pożarów, zarówno w Kalifornii, Oregonie, jak i Waszyngtonie. Proszę sobie wyobrazić: pożary na połowie szlaku, wszędzie susza, a ludzie rozpalają ognisko. Albo nie piją wody, choć z odwodnienia przy takim wysiłku zdarzają się przypadki śmierci. Wystarczy po prostu zdrowy rozsądek.

G.Z.: Nawet w sytuacji, gdy zdarzy się coś ekstremalnego, to wystarczy mieć kogoś przy sobie, a chodzi się zawsze z kimś, bo na szlaku jest sporo ludzi. Oczywiście podstawową sprawą jest wykupienie ubezpieczenia. Kinga dwa razy wylądowała w szpitalu. Z niczym poważnym, ale bez ubezpieczenia bardzo szybko wrócilibyśmy do domu, bo koszty opieki zdrowotnej w USA są ogromne.

Na szczęście bardzo pomocni byli sami mieszkańcy i hikerzy.

K.R.: Społeczność dookoła szlaku jest absolutnie niesamowita. Bardzo pomagają, a naprawdę niewiele trzeba, żeby pomóc, bo nic nie daje takiej radości, jak jedzenie, które nie jest zupką w proszku. Miałam kiedyś kontuzję 20 mil od najbliższego miasteczka. Udało mi się złapać stopa i kiedy dojechałam do miasta, poszłam na pocztę, musiałam coś odebrać, a tam poznałam cudowną panią z miasteczka Wrightwood, która po paru minutach rozmowy zaoferowała mi nocleg u siebie w domu. Zamówiła nam nawet masażystkę na nasze obolałe mięśnie. Okazało się, że mąż tej pani miał polskie korzenie i był krewnym Paderewskiego. Do końca kibicowali nam w mediach społecznościowych.

G.Z.: Tzw. aniołki szlakowe pomagały z transportem, często bezpłatnie lub za dorzucenie się do paliwa. Bez tych ludzi szlak byłby o wiele trudniejszy, a może i niemożliwy do przejścia. Nieraz po wielu dniach, gdy ledwie szliśmy, ktoś przywoził lodówkę zimnej coli czy piwa. Ot tak. Z hikerami, których poznałem na szlaku, gram teraz w gry komputerowe, których bardzo mi wtedy brakowało.

Jak technicznie przygotować się na taką wyprawę?

G.Z.: Zużyliśmy po osiem par butów. Chodziliśmy w tzw. trail runnerach, czyli takich wzmocnionych adidasach z lepszą przyczepnością i palcami chronionymi z przodu. Trzeba pogodzić się z faktem, że buty na pewno się zniszczą, zazwyczaj po jakichś 500 milach, ale często dużo szybciej. Wymieniliśmy dwa namioty, bo miały poważną usterkę. W zasadzie to nic z naszego sprzętu nie przetrwało całego szlaku poza telefonami i powerbankami oraz moją karimatą. Oczywiście wszystko wymienialiśmy na gwarancji, na którą trzeba bardzo uważać w Stanach, bo jest trochę inaczej niż w Europie, nie mają takiej wspaniałej ochrony konsumenta. Gwarancja jest dobrą wolą producenta. Sprzęt jest często bardzo drogi, a obsługa klienta fatalna, więc trzeba tej polityki zwrotów bardzo pilnować.

K.R.: Wodę filtrowaliśmy przy każdym źródle. Jest też aplikacja na telefon, która na mapie GPS pokazuje miejsca, gdzie można rozbić kemping czy coś ładnego zobaczyć. Jest też raport wodny, czy dane źródło wody jest w porządku, czy jakieś martwe zwierzę nie leży w nurcie. Co do jedzenia, to uzupełnialiśmy zapasy w miastach. Musieliśmy oszacować, ile dni będziemy potrzebować, żeby przejść przez dany odcinek i na tej podstawie robiliśmy zakupy. Raz przez dziesięć dni nie było żadnego miasta, plecak ważył wtedy chyba z tonę. Na granicy Oregonu z Waszyngtonem kupiliśmy sobie dużo jedzenia i rozesłaliśmy w paczkach do miejsc po drodze, żeby później odbierać i uniknąć marży w wiejskich sklepikach po drodze.

Co powiedzielibyście tym, których zainspiruje wasza historia?

K.R.: Każdy może przejść przez Pacific Crest Trail. Oczywiście jeśli ma ochotę i środki, to naprawdę jest to do zrobienia. Ludzie przechodzą go w każdym wieku. W tym roku mężczyzna w wieku osiemdziesięciu dwóch lat przeszedł cały szlak. Trzeba być wytrwałym. No i nie trzeba przecież przechodzić całych 4 tys. km.

G.Z.: Na szlaku jest dużo trudnych rzeczy, upierdliwości, ale nie można demonizować. Mówi się, że to olbrzymi wyczyn, ale to naprawdę jest do zrobienia. Można też to zrobić taniej niż my, ale trzeba pamiętać, że każdy poświęcony dolar to odebranie sobie odrobiny komfortu. Nie ma oczywiście jednego rozwiązania. Nie ma najlepszego sprzętu czy najlepszej drogi przejścia. To wszystko jest bardzo indywidualne.

Taki wyczyn utwardza charakter?

G.Z.: Mieliśmy bardzo dużo czasu, żeby sobie wiele przemyśleć. Nikt nie wychodzi ze szlaku taki sam, jaki na niego wchodził. Osiągnięcie celu, choćby i mniejszego niż cały szlak, daje na pewno jakąś wyporność psychiczną.

K.R.: Fajnie jest przejść taki szlak dla siebie, żeby sobie pomyśleć. Życie na szlaku to trochę bańka, to jak powrót do liceum, gdzie poznajesz codziennie mnóstwo życzliwych ludzi, nie masz obowiązków, musisz tylko chodzić.

G.Z.: Ale zdarza się, że ludzie nie potrafią się z tym sposobem życia rozstać. Nie wiedzą, jak sobie poradzić w normalnym świecie.

K.R.: Nie trzeba oczywiście od razu jechać na PCT. Choćby Główny Szlak Beskidzki, który jest na wyciągnięcie ręki, to też piękna sprawa.

Co ta wyprawa zmieniła w waszym życiu? Czy teraz inaczej podchodzicie do niektórych spraw?

G.Z.: Na pewno jesteśmy teraz bardziej pewni siebie i zdobyliśmy doświadczenie w radzeniu sobie w trudnych sytuacjach, których normalnie byśmy nie doświadczyli.

K.R.: Wiemy też, że możemy sobie wyznaczyć długodystansowe zadanie i je zrealizować. Nauczyliśmy się funkcjonować w trudnych warunkach i rozwiązywać problemy. Przekroczyliśmy swoją strefę komfortu i jestem pewna, że potrafimy lepiej radzić sobie ze stresem i niedogodnościami.

Zdjęcia: Once Upone a Hike