Bohaterem tej opowieści jest Święty Walenty – postać historyczna, wokół której narosło sporo legend. Jedna z najpopularniejszych mówi, że potajemnie udzielał ślubów zakochanym żołnierzom, łamiąc zakaz cesarza. Inna, że przed egzekucją wysłał list podpisany „od Twojego Walentego”. Niezależnie od wersji, 14 lutego szybko stał się dniem, w którym miłość dostała swoje święto. Średniowiecze dołożyło do tego romantyczną narrację o „porze kojarzenia się ptaków”, a później Europa zaczęła wymieniać miłosne liściki. Z czasem zwyczaj trafił do Ameryki, gdzie… ruszyła produkcja kartek na masową skalę. I tak, krok po kroku, Walentynki z cichej tradycji zamieniły się w globalne wydarzenie.
Serduszka, róże i… czekoladki
Dlaczego właśnie te symbole? Serce, od starożytności utożsamiane z uczuciami, stało się graficznym skrótem miłości. Róże, szczególnie czerwone, mówią „kocham” bez słów. Czekolada? Bo słodka i „poprawia humor” (naukowcy kiwają głowami). A Kupidyn z łukiem? Bo nikt tak nie komplikuje życia jak nagła strzała zakochania. Tu pojawia się też głos krytyków: „to tylko marketing”. Jasne, przemysł prezentowy dokłada swoje trzy grosze, ale czy to naprawdę unieważnia potrzebę celebrowania bliskości? W końcu każda okazja jest dobra, by powiedzieć coś miłego osobie obok.
Miłość w wersji pop (i nie tylko)
Popkultura zrobiła z Walentynek scenę dla wielkich gestów. Od balkonów jak w „Romeo i Julii”, po spacery nad Sekwaną w Paryżu – wyobraźnia podsuwa nam obrazy idealne. Tylko, że prawdziwe uczucia rzadko są „instagramowe”. Czasem to herbata pod kocem, czasem SMS wysłany w środku dnia: „Myślę o Tobie”.
Coraz częściej mówi się też o „walentynkach dla wszystkich”: dla singli, przyjaciół, rodzin. Bo miłość nie musi mieć jednej formy, ani jednego adresata. Może być partnerska, przyjacielska, a nawet ta do samego siebie i każda z nich zasługuje na uwagę.
Zróbmy to po swojemu
Walentynki nie muszą oznaczać presji drogich prezentów czy rezerwacji w modnej restauracji. Można wybrać spacer, wspólne gotowanie, seans ulubionego filmu albo… napisanie listu. Paradoksalnie w czasach szybkich wiadomości, to właśnie kilka odręcznych zdań potrafi zrobić największe wrażenie. Bo w gruncie rzeczy 14 lutego, to nie konkurs na najbardziej spektakularny gest. To przypomnienie, że warto mówić „kocham”, „lubię”, „dziękuję, że jesteś” – nie tylko raz w roku. Jeśli więc Walentynki mają sens, to właśnie jako pretekst, by na chwilę zwolnić i spojrzeć na drugą osobę z uważnością. A serduszka? Cóż, niech sobie będą. Czasem trochę różu naprawdę nikomu nie zaszkodzi ;)