Dariusz Walerjański. Nie taki zwykły historyk

0
fot. archiwum prywatne Dariusza Walerjańskiego

Dariusz Walerjański to postać wyróżniająca się na Górnym Śląsku. Historyk, muzealnik, członek Wojewódzkiej Rady Ochrony Zabytków. Za wieloletnią działalność na rzecz opieki nad zabytkami został nagrodzony przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za wkład w ratowanie zabytków żydowskich uhonorowany został przez państwo Izrael. Rozmawiamy z nim o historii, także Mysłowic, ratowaniu dziedzictwa oraz planach na przyszłość.

Sabina Rotowska: Jest pan historykiem, którego zainteresowania ukierunkowane są przede wszystkim na historię Żydów na Górnym Śląsku oraz zabytki poprzemysłowe. Co miało wpływ na skrystalizowanie się tego obszaru badawczego?

Dariusz Walerjański: Wszystko w życiu jest nam pisane, a ja przez lata używałem symbolu gwiazdy Dawida wraz z swoimi inicjałami, nie wiedząc nawet, co ten znak znaczy. Babcia, gdy to zobaczyła, opowiedziała mi, że moi przodkowie w XVIII w. byli frankistami – zwolennikami Jakuba Franka, którego uważali za mesjasza, dla innych była to sekta żydowska, która w wyniku różnych procesów politycznych i religijnych przeszła na chrześcijaństwo. Historia powróciła, kiedy w latach 1986-1988 dowiedziałem się, że w Zabrzu jest cmentarz żydowski. Zapuszczony, zniszczony, ale niesamowity, pełny ogromnych grobowców, dziwnych napisów w języku hebrajskim. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Ale nie były to dobre lata na zajęcie się zabytkami żydowskimi, nie udało mi się tym zainteresować ówczesnych władz. Postanowiłem, że muszę coś dla tego miejsca zrobić i tak to czynię do dnia dzisiejszego. Jestem takim, jak ktoś to powiedział, strażnikiem tego świętego miejsca.

Odpowiadając na drugie pytanie dotyczące zabytków industrialnych, ktoś kiedyś mądrze powiedział, że miejsce urodzenia często determinuje późniejsze losy i zainteresowania człowieka. Urodziłem się w Mikulczycach – dzielnicy Zabrza, miasta, które powstało na bazie przemysłu ciężkiego. Od małego fascynowały mnie podróże, odkrywanie tajemnic historii, ale wyjazdy zagraniczne w czasach mojej młodości nie były łatwe, więc chodziłem po hałdach, lasach, kopałem w ziemi w poszukiwaniu czarnych skarbów – karbońskich skamieniałości. Marzyłem nawet o studiowaniu archeologii śródziemnomorskiej. Fascynacja przeszłością mi pozostała, skończyłem z wyróżnieniem historię o specjalności nauczycielskiej, potem przez wiele lat pracowałem i ponownie pracuję jako muzealnik. Całe moje zawodowe życie związałem z historią i zabytkami.

Pana zaangażowanie m.in. w ratowanie zabytków niezwykle wyróżnia się na Górnym Śląsku. Tego typu działania mają sens i są potrzebne, nawet jeśli nie przynoszą zamierzonego efektu?

Każde podejmowane działanie związane z zachowaniem dziedzictwa po przodkach, zachowywanie pamięci, ma sens. Nawet gdyby nie udało nam się zachować danego obiektu, miejsca mającego dla nas wartość historyczną, emocjonalną i artystyczną, mamy przynajmniej szansę, by ocalić o nim pamięć. Dziś pamięć to najpiękniejszy dar, który otrzymujemy od bogini Mnemozyne, jak mawiali starożytni Grecy albo jak mawiali filozofowie: to wewnętrzny zmysł duszy.

Zaniedbane zabytki najczęściej są wynikiem braku konserwacji na przestrzeni lat, ale także dewastacji przez samych mieszkańców danego miejsca. W jaki sposób zaktywizować społeczeństwo do dbania o materialne dziedzictwo?

Bardzo bym sobie życzył, żeby istniała taka recepta albo lekarstwo uzdrawiające nasze postępowanie wobec zabytków. Niestety my, ludzie, wciąż więcej niszczymy niż ratujemy. Jest jedna rada na ocalenie zabytków: została sformułowana w starożytności i wciąż jest aktualna: „Conservatio est aeterna creatio” – zachowanie jest wiecznym tworzeniem. Gdy tę mądrą sentencję zapamiętamy, mamy duże szanse na uratowanie wielu cennych, znanych i nieznanych, ale wartościowych miejsc i obiektów. To szansa, aby na zabytki nie patrzeć jak na kłopotliwe pamiątki. Do tej sentencji dorzuciłbym jeszcze „dobrą wolę stron”, bez niej  mając nawet środki finansowe trudno jest cokolwiek ratować.

Wśród miast Górnego Śląska Mysłowice odbierane są jako miejsce zaniedbane, o zapomnianej historii. Jakie skojarzenia w panu wywołuje to miasto?

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to Trójkąt Trzech Cesarzy, Dreikaiserreichs Ecke. Wiem, że ta nazwa nie jest poprawna, ale przyjęła się w mowie. Kąt Trzech Cesarzy to miejsce, które zawsze przyciągało turystów. Miasto graniczne o bardzo wiekowej historii, miasto wielokulturowe, gdzie dobrze traktowano wszystkich: katolików, ewangelików i wyznawców judaizmu. To miasto świątyń w postaci zachowanych kościołów wybudowanych na przestrzeni od XVI do XIX w. Wszystkie te hasła oprawione, wytyczone, oznaczone w przestrzeni miasta, dają niezwykle interesującą opowieść. Trzeba tylko ją upowszechniać i opowiadać mieszkańcom, aby ją odkryli.

Jakie perełki mógłby pan wskazać w historii lub zabytkach Mysłowic? Co mogłoby stanowić wizytówkę miasta?

Te materialne perełki Mysłowic określiłbym jako cenne i bezcenne, sacrum i profanum. Na szczególną uwagę zasługuje historia, jak i niestety już częściowo zniszczona industrialna XIX-wieczna zabudowa kopalni Mysłowice. To miejsce, które przez dwa wieki dawało ludziom pracę, budowało potęgę tego miasta, dziś zapomniane, bez kreacji na przyszłość, ale wciąż interesujące, godne swojej opowieści i zachowania. Godne uwagi są mysłowickie kościoły, które stanowią ciekawe sakralne przestrzenie. Interesujący i wciąż tajemniczy jest odrestaurowywany społecznie cmentarz żydowski z XIX w. Bardzo ciekawa i pasjonująca jest opowieść o mieście jako miejscowości granicznej, w której mieściła się siedziba towarzystwa okrętowego Hamburg-America Line, jako mieście-drzwiach do wyjazdu do wymarzonej Ameryki. Symbolem tej niezwykłej historii może być zachowany z XIX w. w muzeum zegar o dziewięciu tarczach.

Istnieje możliwość, aby historia Mysłowic była kojarzona także z niebagatelnym wkładem społeczności żydowskiej w rozwój tego miasta?

To wszystko zależy od tego, jak tę historię będziemy upowszechniać. Porównując dzieje miasta do wielkiej księgi, która wciąż jest pisana, jako historyk mogę z pełną świadomością powiedzieć, że jeden z rozdziałów tej księgi zapisali mysłowiccy Żydzi. Zresztą jest na to dowód potwierdzający ich zaangażowanie w budowę tego miasta i lokalny patriotyzm. W 1867 r.  lekarz i przewodniczący tutejszej rady miasta dr Jacob Lustig napisał pierwszą monografię miasta. Osobiście walczył o przywrócenie odebranych Mysłowicom praw miejskich. Postać wspaniała, godna tytułu honorowego obywatela tego miasta. Pierwsza kopalnia węgla kamiennego powstała dzięki jednemu z bogatych Żydów. Żydzi również trudnili się handlem tytoniem. Warto też wspomnieć o negatywnej działalności niektórych członków społeczności żydowskiej trudniących się handlem żywym towarem, głównie kobiet nielegalnie przemycanych do domów publicznych w Ameryce Południowej. Tych historii z ludzką twarzą pozytywnych i negatywnych jest sporo – to tylko świadczy, że to miasto żyło.

Jakie ma pan pomysły i projekty na kolejne działania?

Pomysłów mam wiele na odkrywanie historii, choć mniej czasu. Aktualnie myślę koncepcyjnie nad stworzeniem w naszym województwie, w kraju wyspecjalizowanej jednostki zajmującej archeologią przemysłową, która prowadziłaby systematyczne badania wszystkich rzeczowych źródeł przestrzeni przemysłowej, ich analizą oraz opisaniem materialnych dokumentów dziedzictwa przemysłowego występującego na obszarach cywilizacyjnych nasyconych dziełami kultury technicznej. Również bardzo bym chciał jako jeden z inicjatorów rewitalizacji cmentarza żydowskiego w Mysłowicach, wspólnie z jego opiekunami zorganizować dzień otwarty, podczas którego mógłbym po nim oprowadzić wszystkich zainteresowanych, aby odkryli to, o czym jeszcze nie wiedzą: że dzieje miasta Mysłowic są bardzo ciekawe i pasjonujące.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here