„Trucicielka”, czyli jak powiedzieć wiele, używając niewielu słów

0
Okładka książki

Ostatnio, spędzając czas w bibliotece na poszukiwaniu „zabijacza nudy” na deszczowe dni, natknęłam się na „Trucicielkę” – książkę o intrygującym tytule oraz zwracającej uwagę okładce.

„Trucicielka” to wydana w 2011 roku książka Erica – Emanuela Schmitta, który znany jest szerszej publiczności jako autor „Oskara i pani Róży”. Sięgając po tę książkę, z góry zakładałam, że jest dobra i muszę w stu procentach stwierdzić, że się nie zawiodłam. „Trucicielka” to zbiór czterech opowiadań, a każde z nich dotyczy historii innego bohatera. Pomimo, że opowiadania nie są długie zawierają ogromną głębię treści. Nie ma nudnych fragmentów, które najchętniej byśmy ominęli. Nie przesadzę, używając słowa „dzieło”, ponieważ „Trucicielka” to symfonia starannie dobranych i przemyślanych słów. Bohaterowie walczą o wartości takie jak: miłość, rodzina i wiara w drugiego człowieka. Te niecałe 250 stron udowadnia, że chwila może zupełnie nas zmienić, a jedna myśl potrafi zatruć i zniszczyć życie.

Powieść wzięła swój tytuł od nazwy pierwszego opowiadania. W każdym z nich pojawia się motyw św. Rity –  patronki od spraw beznadziejnych.

Dużą zaletę stanowi pamiętnik pisarza z czasu tworzenia książki, który pozwala ją jeszcze lepiej zrozumieć. Taka forma informacji o osobie autora jest o wiele bardziej interesująca od suchej notatki w Internecie. Dzięki pamiętnikowi możemy przeczytać jego przemyślenia oraz znaleźć źródło pomysłu.

„Trucicielka” to fantastyczna książka. Nie brakuje w niej tzw. wyciskaczy łez oraz fragmentów wartych kontemplacji. Jedyną jej wadą jest to, że… nie da się od niej oderwać.

Nadesłano przez: Joanna Jamrozy, uczestniczka warsztatów dziennikarskich w MDK, Gimnazjum nr 5.