„Dziunia” – recenzja

0
fot. nowakowska.pl

„Dręczył ją znaczący niedobór neurohormonu odpowiedzialnego za poczucie szczęścia, ale w latach siedemdziesiątych  nie mówiło się o serotoninie. Nie mówiło się o trudnym dzieciństwie ani o przemocy”.

Na „Dziunię” natknęłam się zupełnie przypadkiem. Gdzieś między zakupami spożywczymi, a odzieżowymi znalazła się księgarnia – jak zawsze. Początki znajomości z tą książką były… specyficzne. Od razu rzuciła się w oczy dzięki okładce, która w swojej prostocie wyróżniała się na tle innych. To pewnie przez ten miętowy kolor. Jednak zgodnie z zasadą „ nie oceniaj książki po okładce” postanowiłam – jak to mam w zwyczaju – przeczytać ostatnie zdanie.

Na chwilę uwagi zasługuje również tytuł. Dziunia. Każdy ma w swoim słowniku odpowiednią definicję dla tego określenia, jednak co zaskakujące, dziunia okazała się NIEdziunią i pozostawiła spustoszenie.

Bardzo rzadko pojawiają się książki, które wprawiają w zakłopotanie czytelnika, a jednocześnie sprawiają, że na ciele pojawiają się ciarki. Historia dziuni zaczyna się niewinnie – jednak to sielanka tylko na pozór. Z każdą chwilą poświęconą na przeczytanie kolejnej strony zagłębiamy się w coraz to mroczniejszą historię. Trudną i nieprzewidywalną dla nas – nie dla głównej bohaterki. Z czasem zaczynamy sobie uświadamiać, że jeśli to wszystko ma szansę skończyć się dobrze, to chyba wydarzy się jakiś cud. Ale czy cuda w ogóle się zdarzają? Autorka lojalnie uprzedza nas, że wariactwo może być zakaźne i nikt nie daje gwarancji czytelnikowi, że jest w stu procentach bezpieczny. Aberracje są możliwe.

O czym w zasadzie jest „Dziunia”? O tym, o czym nie wolno mówić głośno. O biciu, piciu i zmarnowanych szansach. Wśród chaosu, ludzkich kłamstw i mówienia tego, co każdy chce usłyszeć, odnajdujemy właśnie dziunię. Dziewczynę pozbawioną zdolności do odczuwania i okazywania uczuć wyższych nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że jej układ nerwowy został źle skonstruowany. To smutna historia, w której mimowolnie zaczynamy współczuć – ale nie dziuni, tylko sobie. Zostajemy postawieni przed trudnymi faktami, z którymi co wrażliwsi mogą sobie nie radzić.

„Byłam wolna i szczęśliwa, nawet o tym nie wiedząc. Może kiedyś tak samo ocenię to, co się teraz dzieje. Może to co mnie spotyka jest najlepszą z wersji.(…) Chcę być wdzięczna, tylko boli mnie to coś. Coś w mnie”. Czy możemy sobie wyobrazić jak trudne musi być życie osoby posiadającej niesamowite zdolności zapamiętywania absolutnie wszystkiego? A kiedy dołożymy do tego wiek dorastania – czy to w ogóle jest do wytrzymania?

Anna M. Nowakowska opisała historię niezwykle inteligentnej dziewczynki, która w specyficzny dla siebie sposób szukała miejsca, w którym czuła się mniej dziwna, w którym nikt nie nazywał jej bachorem z mezaliansu i w którym szczerość, pojmowana i definiowana odpowiednio tylko przez dziunię, miała prawo bytu.

Cokolwiek można by jeszcze napisać o tej książce, będzie zbyt powierzchowne i nie do końca odpowiednie. Niewątpliwym jest jednak to, że lektura pozostawia nas w stanie lekkiego szoku. Nas, nie dziunię… Ale… i tak będzie pamiętać wszystkie wyzwiska, seks z podstarzałym profesorem, wszystkie razy otrzymywane od ojca, każdego kochanka matki i sąsiadki, molestowanie i każdą aborcję. Taka właśnie jest dziunia, która napisała: „Co mnie nie zabiło, to mnie rozśmieszyło”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here