Marsz do San Marino przerwała choroba. Piotr Wróbel wraca na trasę za kilka dni

fot. arch. P. Wróbla
Nie ma mowy o zarzuceniu pomysłu dojścia piechotą do San Marino. To jedynie kilkudniowa przerwa, po której Piotr Wróbel wróci na swoją trasę i wznowi marsz w Otrokowicach fot. arch. P. Wróbla

By pomóc swojemu synkowi Ianowi i szerzyć wiedzę na temat autyzmu, Piotr Wróbel wyruszył piechotą do San Marino. Niestety, po kilku dniach wędrówki dopadła go choroba. Mysłowiczanin zmuszony był przerwać swoją eskapadę i poszukać pomocy w szpitalu w czeskim Zlinie.

3 kwietnia, punktualnie o godz. 9, Piotr Wróbel wystartował z mysłowickiego rynku w pieszą trasę liczącą 1 088 km. Zaplanował, że każdego dnia będzie pokonywał maratoński dystans, czyli ok. 40-45 km. Wszystko po to, by w nieco ponad trzy tygodnie dotrzeć do San Marino, a po drodze rozdawać ulotki i propagować ideę przekazywania 1% podatku na swojego sześcioletniego synka. Ian cierpi na autyzm, pieniądze są zatem potrzebne na jego rehabilitację. Kolejnym celem wyprawy jest zapoznanie się z sytuacją osób walczących z autyzmem w innych europejskich państwach. – Chcemy dowiedzieć się, jak leczenie autyzmu wygląda za granicą, kontaktować się z osobami z innych krajów z podobnym problemem. Jeśli zagraniczne media nagłośnią moją akcję, to szansa na to, że ktoś taki się odezwie, jest dużo większa – tłumaczy Piotr Wróbel. To już druga wędrówka mysłowiczanina w tym celu. W 2017 r. pokonał 515 km dzielących Katowice i Gdańsk. Usłyszała o nim wówczas cała Polska. Dzięki temu udało się zebrać ponad 40 tys. zł.

Pierwszym przystankiem na tegorocznej trasie Piotra Wróbla były Żory. 4 kwietnia dotarł do czeskiej Ostrawy, dzień później do Starego Jiczyna. Deszcz i wiatr, które towarzyszyły mu trzeciego dnia marszu, zaowocowały przeziębieniem. Z tego powodu 6 kwietnia udało mu się dojść „tylko” do Brusnego, choć metą na ten dzień miał być Holeszów. 7 kwietnia, by oszczędzać siły, piechur z Mysłowic zdecydował skrócić swój dzienny dystans i dojść do Otrokowic. 8 kwietnia ciągle pogarszający się stan zdrowia zmusił Piotra Wróbla do wizyty u lekarza. Ostatecznie wylądował w szpitalu w Zlinie, gdzie przeszedł badania. Lekarze zalecili mu odpoczynek, w przeciwnym razie infekcja, która go dopadła, mogłaby przekształcić się nawet w zapalenie płuc. Mysłowiczanin musiał podjąć trudną decyzję o przerwaniu swojej wędrówki i powrocie do domu. Jednak, jak zapewnia, nie ma mowy o zarzuceniu pomysłu dojścia piechotą do San Marino. To jedynie kilkudniowa przerwa, po której wróci na swoją trasę i wznowi marsz w Otrokowicach. – Nie znoszę się poddawać, więc przerwanie trasy kosztowało mnie więcej odwagi niż kontynuowanie jej w takim stanie – mówi Piotr Wróbel. Przed nim wciąż 890 km: po przekroczeniu granicy czesko-austriackiej uda się w stronę Wiednia, gdzie chce spotkać się z inną wojowniczką z naszego miasta, małą Lenką Surmą, która w tamtejszej klinice walczy z nowotworem mózgu. Na dalszej trasie mysłowiczanina znajdą się Słowenia, Włochy i wreszcie San Marino.

Choć przez chorobę wyprawa się skomplikowała, Piotr Wróbel ciepło wspomina pierwsze pokonane kilometry i napotkanych po drodze ludzi. – Spotkania na trasie są super, reakcje są nawet bardziej entuzjastyczne niż w Polsce. Czesi to bardzo empatyczny naród, gdy widzą, że ktoś potrzebuje pomocy, bez wahania pomagają. Mogłem się o tym przekonać choćby wtedy, gdy potrzebowałem dostać się do szpitala. Pozytywnie zaskoczyła mnie też sytuacja w pensjonacie w Brusnym. Tam musiałem zmienić trasę. Nie było czasu, żeby znaleźć nocleg z wyprzedzeniem. Właściciel hotelu, pan Petr, gdy usłyszał moją historię, oddał mi pieniądze za pokój. Ponadto rano czekał na mnie prowiant na kolejny dzień wędrówki. Nie spodziewałem się aż tak pozytywnego odbioru – opowiada mysłowiczanin.

Ze względu na problemy zdrowotne i kilkudniowy powrót do Polski Piotr Wróbel nie dojdzie do San Marino przed końcem kwietnia, jak planował. A właśnie do 30 kwietnia mamy czas, by rozliczyć się z fiskusem i oddać 1% podatku na wybrany przez siebie cel. Jednak 1% podatku to nie jedyna możliwość, by wesprzeć małego Iana. Na stronie www.floandants.bandcamp.com możecie kupić nagraną przez Piotra Wróbla piosenkę „Superstar”, która jest oficjalnym hymnem jego wyprawy do San Marino. Cały dochód ze sprzedaży trafi na konto Iana. Można też przekazywać darowizny bezpośrednio na subkonto chłopca w fundacji Jaś i Małgosia: 88 1240 2539 1111 0010 2766 0745. Pamiętajcie o tytule wpłaty „#2029 Ian Wróbel”. – Jeśli chcecie pomóc, możecie też dawać znać w świat, że idę – mówi Piotr Wróbel. – Gdy spotkacie mnie gdzieś na drodze i zrobicie mi zdjęcie, oznaczcie je hasztagiem #1088 km. Dzielcie się fanpagem 515 km dla Iana z rodziną i znajomymi – dodaje. Im więcej osób dowie się o tej inicjatywie, tym większa szansa, że w tym roku rodzina Wróblów dostanie jeszcze większe wsparcie. W akcję włączyli się też znani i lubiani Polacy. Swoje zdjęcia z hasztagiem #1088 km zamieścili w serwisach społecznościowych m.in. aktorki Zosia Zborowska i Barbara Kurdej-Szatan, dziennikarze „Magazynu ekspresu reporterów”, a nawet Zdzisław Kręcina. Wy też możecie! O wyprawie mysłowiczanina informowały już nie tylko lokalne i regionalne media. Pisały też o nim czeskie gazety, a czeska telewizja Polar mianowała go polskim Forrestem Gumpem. Swoją wyjątkową podróż Piotr Wróbel będzie relacjonował na bieżąco po powrocie na trasę na facebookowym profilu 515 km dla Iana.





Komentarze