Grażyna Witkowska potrzebuje naszej pomocy

fot. arch.

Każdy chciałby przeżyć swoje życie szczęśliwie, czerpać pełnymi garściami z możliwości, które ze sobą niesie. Najważniejszym warunkiem jest jednak zdrowie. Forrest Gump mawiał, że „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz”. Te proste słowa nabrały większego sensu, kiedy u mojej mamy, Grażyny Witkowskiej, zdiagnozowano raka szyjki macicy.

Informacja o chorobie spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Jednak szybko wzięliśmy głęboki oddech, aby uspokoić nerwy, i staraliśmy się ze wszystkich sił nabrać dystansu do nowej sytuacji, bo przecież rak to nie wyrok. Będzie operacja, naświetlania i chemioterapia. Wszystko musi pójść dobrze, nie braliśmy pod uwagę innej opcji. Po kilku tygodniach od operacji (bardzo długiej, bo siedmiogodzinnej) wyczerpujące leczenie onkologiczne, które wiązało się z brakiem apetytu, dreszczami i gorączką, zostało zakończone i życie mogło wrócić na właściwe tory.

Mama jest pedagogiem szkolnym, a praca nie była dla niej przykrym obowiązkiem, dawała jej dużo satysfakcji (trochę narzekała, gdy tonęła w papierach, bo to człowiek czynu). Pomagała nie tylko dzieciom, rodzicom, ale i zwierzętom, organizując zbiórki dla podopiecznych mysłowickiego schroniska. Poświęcała pracy i tym, którzy potrzebują pomocy, cały swój czas. Jednak los miał dla nas w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę. W prawym moczowodzie mamy usadowił się kamyk, którego nie sposób było się pozbyć. Nerka obumarła i trzeba było ją usunąć. Mama próbowała podejść do sprawy spokojnie, ale można było dostrzec, że bardzo się boi kolejnego cięcia, rekonwalescencji po operacji. Cóż zrobić, siła wyższa. Termin został ustalony.

Nigdy nie zapomnę tej daty: 12 sierpnia 2016 r. To miała być rutynowa operacja, ale teraz już wiem, że nie istnieje nic takiego jak rutyna przy zabiegach czy operacjach. Zawsze jest niebezpiecznie. Nie wiem, jak udało mi się przemierzyć odcinek drogi między pracą a szpitalem. Cały wszechświat skurczył się do tej jednej chwili. Potem była rozmowa z lekarzem, który nie potrafił wyjaśnić, jak doszło do zatrzymania akcji serca, możliwości mogło być kilka. Nie słuchałam, nie potrafiłam się skupić na jego słowach, myślami byłam kilka pokoi dalej. Salę, z której trzeba było pozbierać wszystkie rzeczy, pamiętam przez zasłonę łez: nieład, krew, sprzęt medyczny – wszystko było rozmyte.

Mamę zobaczyłam dopiero na OIOM-ie w innym szpitalu, podpiętą do aparatury. Ten widok wywołał jeszcze większą rozpacz, bo moje wyobrażenia stały się rzeczywistością. Nietrudno się domyślić, że nikt nie był w stanie powiedzieć nam, co się stanie dalej – mama wciąż spała, jej stan był krytyczny, życie zagrożone, rokowania niepewne. Był czas, że nie mogliśmy podejść ani wykonać żadnego gestu, aby poczuła, że jesteśmy przy niej. Wiedziałam, że to dla jej dobra – od samego początku mama była nadwrażliwa na głosy, dotyk i światło, występowało tzw. pogotowie drgawkowe.

Gdy minął czas OIOM-u, a nastał czas zakładu pielęgnacyjno-opiekuńczego w Murckach (na OIOM-ie zrobili dla mamy już wszystko, co było można), trochę uspokoiłam nerwy. Tu mogłam czekać spokojnie na jej wybudzenie. Trwało to aż 14 miesięcy, chociaż byłam gotowa czekać dłużej. Czy traciłam nadzieję? Nie, ponieważ wiem, że mama potrzebowała tej mojej nadziei i wsparcia, chociażby obecności.

Od kilku tygodni coś się działo – od czasu do czasu pojawiał się uśmiech, pojedyncze, wyszeptane słowa „tak” i „nie”. Wielokrotnie zastanawiałam się, czy to nie była moja wyobraźnia, bo umysł potrafi płatać figle, kiedy czeka się na coś z wielką niecierpliwością. W dalszym ciągu nikt nie potrafił ocenić, w jakim kierunku to wszystko pójdzie. Gdy w grę wchodzi mózg, mało rzeczy jest pewnych, więcej jest niewiadomych.

Całe szczęście, że w przypadku mamy te drobne oznaki były preludium wielkiej zmiany, czyli przebudzenia. Euforia i łzy szczęścia szybko zostały zastąpione obawami, jakie podjąć decyzje, aby były właściwe. Po tak długim czasie snu potrzebna jest intensywna rehabilitacja, która, jak się okazało, nie może być finansowana z NFZ i przekracza nasze możliwości finansowe. Dlatego musieliśmy zacząć działać, by zapewnić mamie jak najszybszy powrót do zdrowia i pełni sił. Pierwsze zbiórki pieniężne zostały zorganizowane w szkole, a od niedawna mama została objęta opieką mysłowickiej fundacji Pozwól Żyć, w której młodzi i pełni zapału ludzie czynią niemożliwe możliwym, oraz patronatem fundacji Polsat. Koszt miesięcznej rehabilitacji jest ogromny, to ok. 4 tys. zł, dodatkowo planowane są turnusy rehabilitacyjne, których ceny to niebotyczne liczby. Jeżeli ktoś z Państwa wciąż waha się, na kogo bądź czy w ogóle odpisać 1% swojego podatku, prosimy o wsparcie mojej mamy, Grażyny Witkowskiej. Można też wpłacać darowizny na konto fundacji Polsat.

Ciepła, życzliwa osoba, najlepszy pedagog na świecie – to tylko kilka opinii na temat mamy, jakie można znaleźć na jej facebookowym profilu Grażyna Witkowska – przez chwilę mnie nie było. Zachęcamy do lektury i śledzenia losów mamy.

Nadesłano: Marta Witkowska




Komentarze