Przygoda życia, która zaczęła się w kuchni

fot. TVP2
fot. TVP2

Pokonała ponad tysiąc osób i została czwartym najlepszym cukiernikiem amatorem w Polsce. Z mysłowiczanką Sylwią Grodzką-Habą, znaną też jako Pani Foremka, rozmawiamy o tym, jak pasja potrafi zmienić życie o 180 stopni.

Bogumił Stoksik: Skąd wzięłaś się w telewizyjnej kuchni programu „Bake Off – Ale ciacho!”?

Sylwia Grodzka-Haba: Decyzja o udziale w programie była spontaniczna. Mąż usłyszał o castingu, a ja pół żartem, pół serio zdecydowałam, że idę! W pierwszym etapie, który odbywał się w kilku miastach w Polsce, udział mógł wziąć każdy. Warunkiem było zaprezentowanie komisji przygotowanego przez siebie ulubionego wypieku. I tutaj pojawił się pierwszy problem, ponieważ takiego nie mam. Może trudno w to uwierzyć, ale nie jestem fanką słodkości. Postanowiłam przynieść ciasto, które najczęściej przygotowuję dla swoich najbliższych – niskie, zakalcowate brownie. Wiedziałam, że nie ujmie nikogo wyglądem, ale jego smak jest nietuzinkowy. I faktycznie, moje brownie obroniło się smakiem, zostałam zaproszona na drugi etap castingu do Warszawy, gdzie piekliśmy i dekorowaliśmy babeczki w czteroosobowych grupach. Zrobiło się już poważniej, bo oprócz umiejętności kulinarnych w grę weszła także nasza osobowość, odporność na stres, umiejętność pracy pod presją czasu… Nie było lekko i z perspektywy całego programu to właśnie castingi były jego najbardziej stresującą częścią. Później było już tylko lepiej, co, mam nadzieję, widać w poszczególnych odcinkach.

Spośród ponad tysiąca osób, które pojawiły się na castingach w całej Polsce, zostałaś jednym z czterech najlepszych cukierników amatorów w kraju. Program zmienił coś w twoim życiu?

Na pewno wszystko nabrało tempa. Rozwijam się i znajduję w miejscach, o których nie śniłam. Przykładem może być mój ostatni wyjazd na szkolenie do jednej z najlepszych warszawskich cukierni – Deseo. Spotykam ludzi, którzy kiedyś wydawali mi się nieosiągalni i rozmawiam z nimi jak równy z równym. Mogę się uczyć od najlepszych. To cudowne. Po

tym, co spotkało mnie w ciągu mijającego roku, mam takie nieodparte wrażenie, że to wszystko jest częścią jakiegoś bliżej nieokreślonego planu.

Jak program „Bake Off – Ale ciacho!” wyglądał od kuchni?

Praca na planie to ciężki „kawałek ciasta”. Program kręciliśmy przez ponad miesiąc, średnio po 10 godzin dziennie. Zmęczenie i stres rekompensowała jednak atmosfera. Było wspaniale! Cudowni ludzie pełni pasji i cierpliwości, wyrozumiali. A co najważniejsze, i być może dla wielu widzów zaskakujące, między uczestnikami nie było nawet cienia rywalizacji. Zwłaszcza podczas konkurencji technicznych, gdy często mieliśmy wrażenie, że każdy wypiek to zlepek najlepszych umiejętności każdego z nas. I według mnie to stanowi o sile programu, do której swoją niemałą cegiełkę dołożyli wspaniali jurorzy. Zawsze starali się wyłuskać choć mały pozytywny „okruszek” z wypieku, o którym sami wiedzieliśmy, że mógłby być milion razy lepszy. Jestem pewna, że podejmując decyzję o udziale w programie, nikt z naszej dwunastki nawet nie przypuszczał, że tak się ze sobą zaprzyjaźnimy. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w małej miejscowości pod Warszawą, daleko od domu, spotkam dwie bratnie dusze. Tomasz Cieśla, który towarzyszył nam przez cztery pierwsze odcinki, oraz zwyciężczyni Gosia Rybacka to moi przyjaciele, mam nadzieję, na całe życie. A i „Bake Off” póki co jest przygodą mojego życia. Gdyby dzisiaj ktoś z produkcji zadzwonił z informacją, że z jakichś powodów kręcimy wszystko jeszcze raz, nie wahałabym się ani chwili.

Jesteś politologiem, tłumaczem języka francuskiego i nagle zajmujesz się pieczeniem ciast. Skąd taka zmiana?

Nie mogę powiedzieć, że zajmuję się pieczeniem ciast zawodowo. To moja pasja i chciałabym, żeby tak zostało. Marzę o spokojnym, szczęśliwym życiu. I o tym, żeby piec dla przyjemności, swojej i innych. A wszystko zaczęło się od spełniania słodkich zachcianek mojego dorastającego synka Szymona. Jak każdej mamie bardzo zależy mi, by to, co je moje dziecko, było zdrowe, świeże, pełne smaku. Wiem, że brzmi to dość patetycznie, ale właśnie taki był punkt wyjścia do stworzenia Pani Foremki. Nie umiem wędzić mięsa, robić serów, ale okazało się, że całkiem dobrze wychodzi mi pieczenie ciast! Pierwszy tort przygotowałam na wieczór panieński mojej koleżanki. Tort do tortu, tarta do tarty i Pani Foremka zaczęła rozwijać skrzydła.

Rozgłos po programie zmienił coś w działalności Pani Foremki?

Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym. Nie wzięłam udziału w „Bake Off” dla rozgłosu, sławy, kariery. Chciałam, żeby ktoś z branży, kto nie będzie miał wobec mnie żadnych sentymentów, ocenił obiektywnie to, co robię. I tak też się stało. W programie nazwano mnie „królową smaku” i to jest dla mnie największą nagrodą. A jeśli dzięki magii telewizji Pani Foremka zyska na popularności, będzie mi bardzo miło. Póki co powolutku doskonalę swój warsztat, spędzam w kuchni wolny czas, który dalej dzielę między obowiązki domowe, bycie mamą i żoną. I w tym się spełniam. Chętnie angażuję się też w różnego rodzaju akcje charytatywne. Na ostatniej, organizowanej w Mysłowickim Ośrodku Kultury, mój tort został zlicytowany za kwotę 500 zł! Jeśli logo „Bake Off” sprawia, że torty uzyskują tak zawrotną cenę, która zasila konto potrzebujących dzieci, mogę piec ich nawet sto w miesiącu.

Plany, marzenia?

Ostatnimi czasy życie nauczyło mnie nie planować. Zostawiam większość spraw losowi i naprawdę cieszę się z tego, co udaje mi się przeżywać tu i teraz. Może kiedyś zaproszę was wszystkich na dobrą kawę i pyszne ciasto pełne miłości, pasji i sezonowych smaków do mojej małej kawiarenki. Pożyjemy, zobaczymy…





Komentarze