Piotr Głowacki na Antarktydzie. Masyw Vinsona zdobyty

Mysłowiczanin Piotr Głowacki opowiada nam o wyprawie na najzimniejszy szczyt świata i nieudanym wejściu na Aconcaguę, najwyższą górę Ameryki Południowej.

Bogumił Stoksik: Długo trzeba się przygotowywać do takiej wyprawy?

Piotr Głowacki: Przygotowania trwały od początku lutego 2015. Trzeba było wtedy podjąć decyzję, wpłacić zaliczkę i zbierać szybko resztę środków, jednocześnie pracując nad kondycją. Na Antarktydę nie można sobie pojechać ot tak, jak np. w Alpy. Logistyka jest bardzo skomplikowana, korzysta się z usług firmy, która organizuje od dawna takie ekspedycje – zabezpieczała m.in. wyprawy polarnika Marka Kamińskiego – i dba zarówno o nasze bezpieczeństwo, jak i zaopatrzenie. Sprzętu i żywności na taki wyjazd trzeba jednak sporo zabrać. Z tego powodu jest to też dosyć droga wyprawa. Poza tym obowiązują tam bardzo surowe przepisy międzynarodowe. Nawet pyłek, nasionko nie może zostać przywiezione w kieszeni, wszystko jest dokładnie sprawdzane. Przed samym wejściem do samolotu dokładnie myte są też buty, a wszystkie śmieci czy nieczystości, które zostaną tam wyprodukowane, muszą zostać zabrane do utylizacji w Chile. Kontynent ma pozostać w niezmienionym stanie.

Co do przygotowań kondycyjnych, to taka wyprawa wymaga naprawdę żelaznej formy i idealnego stanu zdrowotnego. W moim przypadku to sześć miesięcy treningów pięć dni w tygodniu. Siłownia i dużo pracy w terenie, bez tego nie wyobrażam sobie nie tylko sukcesu, ale w ogóle bezpiecznego działania w tych warunkach klimatycznych. Bałem się nawet przeziębienia czy lekkiej infekcji w ostatniej chwili, ale udało się trafić z formą na czas. Przed wyprawą mocno skontrolowano też nasze umiejętności, żeby nie brać przypadkowych, nieprzygotowanych osób.

Wspinał się pan z grupą Polaków.

Byli też Kanadyjka, Brytyjczyk i Amerykanin, ale faktycznie, licząc ze mną, było aż siedmiu Polaków. Tym samym znacząco podnieśliśmy statystykę polskich wejść na najwyższy szczyt Antarktydy, których dotychczas było chyba mniej niż 30. W większości nie znaliśmy się wcześniej, ale czekając zarówno w Chile, jak i w bazie na Antarktydzie na tzw. okno pogodowe, czyli moment, kiedy pogoda pozwala na przelot i wspinaczkę, mieliśmy sporo zajęć, żeby się zgrać na jednym poziomie technicznym. Gdyby trzeba było kogoś ratować, musieliśmy tworzyć zgraną grupę i stworzyliśmy – nazwaną V12. To niewiarygodne, ale żal się było rozstawać po zdobyciu szczytu.

Ta wyprawa była łatwiejsza czy trudniejsza od innych?

Mógłbym porównywać ją z wyprawą na McKinley na Alasce. Co prawda McKinley jest o wiele wyższą górą, więc wspinaczka trwa dłużej, na Alasce jest jednak dużo cieplej. Teraz na szczycie mieliśmy -32 stopnie Celsjusza, czyli tak naprawdę bardzo ciepło jak na Vinsona. Ekipa wspinająca się przed nami dwa dni wcześniej miała -40 stopni i wiatr na szczycie, czyli odczuwalnie było dużo zimniej.
Na szczęście my nigdy nie mieliśmy bardzo trudnych warunków. Bywały dni, kiedy w ogóle nie było wiatru ani chmur. Antarktyda jest bardzo suchym kontynentem. Jak zdarzyło nam się zrobić pranie, to wysychało w bardzo szybkim tempie mimo niskich temperatur. To jak zwodnicza potrafi być tam pogoda, odczuliśmy raz, kiedy budowaliśmy obóz w base campie na wysokości 2 100 m. Przyszły chmury i jak zasłoniły słońce, to w ciągu 10 minut temperatura spadła nam o 15 stopni, było naprawdę przeraźliwie zimno.

Jak sobie radzić z tak niskimi temperaturami?

W ciągu kilku minut można doprowadzić do odmrożenia, więc trzeba być bardzo czujnym. Z grupy wspinającej się dwa dni wcześniej jeden z uczestników nie zauważył, że zamarzają mu palce i traci w nich czucie, odmroził sobie trzy, część trzeba było amputować. W takich warunkach chwila nieuwagi wystarczy. W ekwipunku mam cztery pary różnej grubości rękawic na różne temperatury.
Na szczęście dla nas pogoda była bardzo dobra jak na warunki antarktyczne. Nie musieliśmy budować wielkich murów przeciwwietrznych, rozbijając namioty. Sama temperatura nie jest problemem, kiedy nie jesteśmy wychładzani wiatrem. Człowiek ma więcej siły, energii żeby działać.
Przed wyprawą postanowiłem sobie też pofolgować. Nabrać więcej masy. Bardzo ważne jest też odpowiednie nastawienie psychiczne i, jak to nazywam, „wmówienie” sobie, że jest ciepło.

Jak jest na najzimniejszym szczycie świata?

Widać tylko biel śniegu i czerń okolicznych kamiennych szczytów. Powietrze jest zupełnie czyste, więc jest bardzo duża przejrzystość. Świetne warunki na robienie zdjęć i rozkoszowanie się ogromną, piękną przestrzenią. Podejście przed szczytem ma piękną kamienno-lodową grań, pozwala na naprawdę wspaniałe doznania dla zdobywców. Sama Antarktyda jest też bardzo ciekawym miejscem. W czasie, kiedy działaliśmy w górach, słońce świeci tam przez 24 godziny na dobę, jest bardzo wysoko i kręci się w odwrotną stronę do tej, którą znamy. Pierwsze dwa dni byliśmy kompletne wybici z normalnego rytmu. Po dwóch godzinach snu człowiek wstawał wyspany, bo jest za jasno, no i trudno w ogóle iść spać, kiedy słońce jest wysoko nad głową.

Podczas tego wyjazdu spróbował pan też ponownie wejść na Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej.

Wcześniej o tym nie informowałem, żeby nie zapeszać, ale pomyślałem, że skoro już jestem w Ameryce Południowej, to warto spróbować. Byłem zaaklimatyzowany, pomysł wydawał się świetny. Z Chile przeleciałem do Santiago i Mendozy, wykupiłem pozwolenie na wejście na Aconcaguę i wtedy pojawił się pierwszy problem. Gdy szedłem na autobus, w środku dnia zostałem napadnięty i skradziono mi plecak ze sprzętem oraz większość pieniędzy. Nie chciałem się wycofywać. Przewodnicy z Mendozy poznani na Antarktydzie pożyczyli mi sprzęt. Pojechałem dzięki tej pomocy. Potem wszystko szło bez problemu, aż do momentu, kiedy sto metrów od szczytu Aconcagui, na wysokości prawie 6 900 m, otrzymałem informację, że w związku z prognozowanym załamaniem pogody muszę schodzić. To był moment przerażający i nie pomogły żadne tłumaczenia. Ciężko się pogodzić z taką informacją, będąc o krok od sukcesu. Pogoda załamała się faktycznie, ale dopiero dwa dni później. Do tego stopnia, że zeszły nienotowane od dziesięcioleci kamienne lawiny. Droga była kompletnie zasypana, przez co nie mogłem wrócić do Polski w planowanym terminie.

Zostaje panu coraz mniej niezdobytych szczytów Korony Ziemi. Jaki będzie następny?

Teraz chciałbym, żeby to był Mount Everest, jestem na to psychicznie gotowy. Jednak aby tak się stało, np. w przyszłym roku, już muszę zacząć przygotowania. Taka wyprawa wymaga ode mnie treningów pięć razy w tygodniu, ale przez cały rok, bo wiem, jakie elementy muszę lepiej wyćwiczyć. Wszystko też zależy oczywiście od finansów i sponsorów, bez tego nie da się realizować takich marzeń.





Komentarze