Ustalenia „Wyborczej” w sprawie wypadku w KWK Mysłowice-Wesoła

fot. Monika Gaworowska
fot. Monika Gaworowska

Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, w kopalni Mysłowice-Wesoła doszło do poważnego naruszenia prawa. Dyrekcja zataiła przed urzędem górniczym, że pod ziemią wybuchł pożar.

Do wypadku doszło 6 października 2014 r. Pięciu górników zginęło, natomiast dwudziestu pięciu odniosło ciężkie obrażenia. Według informacji „Gazety Wyborczej” dyrekcja zakładu zamiast wycofać załogę, zastosowała jedynie działania profilaktyczne.

Sprawą tragedii zajmuje się prokuratura oraz Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach. Prócz tego Wyższy Urząd Górniczy powołał specjalną komisję, która dotychczas przesłuchała ponad 170 świadków i analizuje dokumentację kopalni. Stwierdzono liczne nieprawidłowości w działaniu zakładu pracy.

Według informacji „Gazety Wyborczej” już na dobę przed wybuchem doszło do samozapłonu węgla. Dyrekcja nie zastosowała się jednak do przepisów nakazujących natychmiastowe wycofanie oddziału górniczego z zagrożonego miejsca, powiadomienie Okręgowego Urzędu Górniczego i rozpoczęcie akcji przeciwpożarowej. Zastosowano jedynie środki profilaktyczne polegające na podawaniu w zagrożony rejon wody oraz mieszanki wodno-pyłowej. Nie zapobiegło to wybuchowi. W rejonie katastrofy oprócz ratowników znajdowało się dwudziestu innych pracowników, a w sytuacji pożaru mieliby prawo się tam znajdować jedynie ratownicy.

Przy okazji ujawniono kolejne zaniedbanie dyrekcji kopalni. Ściana 560, na której doszło do wybuchu, miała być objęta projektem technicznym. Zakładał on, że minimum raz w tygodniu na tym obszarze będą prowadzone profilaktyczne działania przeciwpożarowe. Do takich doszło jednak tylko raz, 5 października, gdy pożar był już faktem. Zaniedbania przy wydobyciu doprowadziły do utworzenia się naturalnego zbiornika, w którym zbierał się metan.

Kolejną nieprawidłowością zdaniem „Wyborczej” zarząd „wykazał się” przy czujnikach metanu. Podczas gdy metanometria automatyczna wskazywała odczyty metanu w normie bezpieczeństwa, już ręczne mierniki znalezione pod ziemią pokazywały, że stężenie gazów kilkakrotnie przekroczyło owe normy. Jak donosi „GW” urządzenia były jednak tak ustawione, by nie pokazywać godziny pomiaru. Manewr ten, sprzeczny z instrukcją, mógłby być wygodnym wytłumaczeniem dyrekcji, gdyż nie wiadomo, kiedy normy zostały przekroczone.

Póki co prokuratura nie przedstawiła nikomu zarzutów. Nie ma także jeszcze końcowego raportu komisji WUG. Będzie można go sporządzić dopiero po przesłuchaniu wszystkich świadków oraz oględzinach miejsca wypadku. A ta będzie możliwa najwcześniej we wrześniu. Póki co miejsce katastrofy pozostaje otamowane.

Rzecznik KHW Wojciech Jaros niechętnie odpowiada na pytania dotyczące wybuchu. – Ostateczna ocena zdarzenia i odpowiedzialności za jego wystąpienie należy do instytucji górniczych i sądów – mówi „Gazecie Wyborczej”.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”





Komentarze