Piotr Głowacki na Mont Blanc

FOT. ITVM

W długi czerwcowy weekend, w ramach projektu „Korona Ziemi z rozrusznikiem”, mysłowiczanin Piotr Głowacki postanowił zdobyć jej kolejny klejnot. Tym razem był to Mont Blanc.

Był już na Kilimandżaro w Afryce, Elbrusie w Azji, wspinał się na Aconcaguę w Ameryce Południowej, a rok temu odbył wyprawę na McKinley w Ameryce Północnej. W czerwcu postanowił zdobyć najwyższy szczyt Europy – Mont Blanc. Razem z towarzyszącym kolegą wybrał najtrudniejszą trasę prowadzącą przez trzy szczyty masywu – Aguille du Midi, Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Dwójka pozostałych kolegów wybrała prostszą trasę. Niestety 200 m przed szczytem warunki pogodowe nie pozwoliły na jego zdobycie, ale powrót na Mont Blanc Piotr Głowacki zapowiada we wrześniu. Prawdziwym celem i marzeniem mysłowickiego alpinisty jest na dziś zdobycie Mount Everestu. Wyprawa planowana jest na wiosnę przyszłego roku, ale sporo zależy teraz od sponsorów, bo to kosztowny wyjazd. – Mont Blanc jest porównywalny w skali trudności wspinaczkowej do Mount Everestu, a trasa, którą przeszliśmy, jest znacznie trudniejsza. Ważna jest jeszcze wysokość, bo o ile na Mont Blanc trzeba się aklimatyzować 2-3 dni, to na Mount Everest są to już 2 miesiące – mówi o przyszłej wyprawie Głowacki.

Od 19 lat żyje z rozrusznikiem serca. Paradoksalnie to sytuacja, którą większość uznałaby za koniec sportowej aktywności. Mysłowiczanina zmotywowała do większej pracy nad swoją kondycją. Poprzez akcję „Korona Ziemi z rozrusznikiem”, której jest pomysłodawcą, chce pokazać, że na stymulatorze serca życie się nie kończy. – Kiedy wszczepiono mi go 19 lat temu, to była straszna trauma. Dostałem informator nienapawający optymizmem. Przy informacji, czym jest ten nowy „sprzęt”, było też napisane, że nie mogę nosić nic cięższego niż 5 kg. Żona chodziła więc z zakupami, a ja obok z rękami w kieszeni. Teraz już wiem, że można nad tym pracować i jeżeli uda mi się komuś pomóc, tak że wróci do aktywności, to będę bardzo szczęśliwy – dodaje Głowacki.

Pytany o to, czy nie ryzykuje zbyt dużo, odpowiada: – Góry zdobywa się głową, a nie nogami, ale oprócz przygotowania psychicznego i teoretycznego bardzo dobrze przygotowuję się kondycyjnie. 3 razy w tygodniu chodzę po okolicznych lasach z plecakiem, systematycznie odwiedzam siłownię, a w weekendy wspinam się m.in. po jurajskich skałkach. Będąc w zeszłym roku w Tatrach spotykałem ludzi chodzących po górach w klapkach, prawie codziennie słyszę o wypadkach w tych górach spowodowanych brakiem odpowiedniego sprzętu, jak np. raków czy przygotowania kondycyjnego. Ci ludzie ryzykują bardziej niż my, organizując dobrze przygotowaną wyprawę wysokogórską – mówi Głowacki.





Komentarze