Na węglowym szlaku. Kajakiem z Mysłowic do Gdańska

Trasę dawnych spływów z węglem od Trójkąta Trzech Cesarzy do Gdańska postanowili przebyć dmuchanym kajakiem. Małżeństwo Moniki i Jacka Parisów z Mysłowic pokonało dystans ponad tysiąca kilometrów Wisłą w 13 dni. Zainspirował ich nasz artykuł!

Kajak nazywa się Batory, na cześć polskiego transatlantyku. Mimo że jest kajakiem dmuchanym, to Jacek Paris zapewnia o jego bezpieczeństwie. Dziennie małżeństwo z Mysłowic pokonywało nim ok. 80 km przez 12-14 godzin, zazwyczaj bez przystanków, nawet na jedzenie.

O Jacku Parisie pisaliśmy w marcowym wydaniu „Gazety Mysłowickiej”, kiedy to zainspirowany artykułem „Statek »Katowice« zbudowany nad brzegiem Przemszy” opublikowanym przez nas w październiku zeszłego roku, przepłynął on od Trójkąta Trzech Cesarzy do miejsca, w którym Przemsza Łączy się z Wisłą. Ten sam artykuł był inspiracją do dalszej podróży, którą Parisowie odbyli na początku maja. Jak sami mówią, był to pierwszy po wojnie spływ węgla z Mysłowic do Gdańska, bo po dopłynięciu do celu złożyli w gdańskiej Bazylice Mariackiej pod ołtarzem św. Barbary, patronki górników, węglowe serce. Wyrzeźbił je wcześniej Jacek Paris, pracujący na kopalni.

Za przewodnik do podróży posłużył m.in. dostępny w internecie opis podobnego spływu z 2008 r. Całą trasę sprawdzili na mapach. Pytali też operatorów śluz o potencjalnie niebezpieczne miejsca.

– Teoria a praktyka na Wiśle to dwie różne rzeczy. To piękna, ale dzika rzeka, więc musieliśmy zachowywać ciągłą czujność, bo oznaczenia dla żeglugi do pewnego momentu są dosyć kiepskie i przez chwilę nieuwagi można wylądować na mieliźnie lub w potencjalnie niebezpiecznym miejscu – mówi Monika Paris, na co dzień prowadząca zakład fryzjerski w Brzęczkowicach.

– Bywały trudne chwile. Co ciekawe najtrudniejsza miała miejsce dokładnie na 666 kilometrze Wisły. Zaczął wiać silny północny wiatr, było bardzo zimno, padał deszcz i w zasadzie staliśmy w miejscu tracąc tylko siły. Z pomocą przyszli patrolujący Wisłę policjanci, którzy pomogli nam przepłynąć kolejne 9 km do zapory we Włocławku. Tam znaleźliśmy nocleg u bosmana we włocławskiej przystani. Te 9 km i pomoc zaważyła na całej wyprawie – mówi Jacek Paris. Potem już bez większych przeszkód dopłynęli do Gdańska. Jak mówią, trudy spływu rekompensowały przepiękne widoki.

Wyprawa nie wymagała dużych nakładów finansowych. Odbyła się zresztą bez wsparcia sponsorów czy informacji w mediach, bo nie o rekordy tu chodziło. Wodoodporny telefon z nawigacją, porządna latarka i liofilizowane zupki, to większa części wydatków. Nocowali zazwyczaj na wyspach i plażach Wisły pod namiotem, daleko od zabudowań, bo tak było bezpieczniej.

– Bardziej niż finansowo trzeba przygotować się psychicznie, bo bywają ciężkie chwile. Bez żony bym nie dopłynął, ale skoro Andrzej Sapok pływał tędy statkiem, to mówiłem sobie, że ja tym bardziej przepłynę kajakiem. Po takim dystansie przyznam, że budziłem się w nocy i w pierwszym odruchu wołałem do żony, żeby uważała na zwisające gałęzie, bo wydawało mi się, że ciągle płyniemy – opowiada śmiejąc się Jacek Paris.

Dalszym marzeniem Jacka Parisa jest dopłynięcie kajakiem z Mysłowic do Paryża, bo teoretycznie jest taka możliwość, ale tego typu wyprawa wymaga już większego przygotowania.

Trzymamy kciuki za realizację tego i innych marzeń i pomysłów. Czytelników zachęcamy natomiast do lektury artykułu będącego inspiracją do podróży małżeństwa z Mysłowic.





Komentarze