Po latach z Grzegorzem Osyrą

fot. archiwum prywatne Grzegorza Osyry
Grzegorz Osyra w Chinachfot. archiwum prywatne Grzegorza Osyry

- Podokuczam niektórym, może nie prezydentowi, bo jemu w najbliższym czasie podokuczają kontrkandydaci – mówi były prezydent Mysłowic. W 2010 r. został skazany na półtora roku więzienia w zawieszeniu i grzywnę za upozorowanie zamachu na samego siebie przed wyborami w 2003 r. – Nie chce mi się na ten temat mówić, jeżeli w rzeczywistości nie ma żadnych dowodów, a wszystkie opinie świadczą na moją korzyść.

Bogumił Stoksik: Jak się panu żyje bez prezydenckiego stołka?

Grzegorz Osyra: Mniej pracuję, lepiej zarabiam. Ostatnio nauczyłem się odpoczywać i sporo podróżuję po świecie. Prezydent pracuje po kilkanaście godzin dziennie, zazwyczaj także w weekendy. Pan Lasok zapewne też już tego doświadczył i mam nadzieję, że ma już dosyć (śmiech). Będąc w wirze polityki, w walce o stołek prezydencki, to czasem kwestia ambicji: wygrajmy, a potem zobaczymy, jak to będzie.

Dobrze pan ocenia swoją prezydenturę w porównaniu z obecną?

Niespecjalnie lubię mówić o sobie źle (śmiech). Takie odniesienie jest trudne. Przez 8 lat w przeciwieństwie do wcześniejszych i obecnych władz nie miałem większości, ale jakoś sobie radziłem i jest to pewien fenomen. Koniec drugiej kadencji był już ciężki, a gdybym wygrał te wybory, to bez większości w radzie miasta nie byłoby lżej. Ale infrastruktura się rozwijała. Od podstaw stworzyliśmy Off Festival i mistrzostwa w siatkówce plażowej. W ogóle mocno dofinansowywałem sport i z tego okresu wyszło sporo talentów. Powstała hala sportowa i sale gimnastyczne. Cieszę się, bo nie dostałem zawału, nie pochorowałem się na wrzody, miałem fajną przygodę w życiu, a ludzie ocenią mnie sami za jakiś czas, jeszcze nie teraz. Swoją kartę jeszcze dogram. Będę aktywny, bo taką już mam naturę. Trochę podokuczam niektórym. Może nie prezydentowi, bo jemu w najbliższym czasie podokuczają kontrkandydaci.

Interesuje się pan tym, co się teraz dzieje w mieście?

Mam tutaj rodzinę. Dzwonią czasem pracownicy urzędu. Mam też przyjaciół. Co tydzień przyjeżdżam do Mysłowic na brydża. Może nie idealnie, ale jestem zorientowany.

I jak pan to ocenia?

Pieniądze są większe, a nie ma spektakularnych inwestycji. Poświęciłem parę minut żeby sprawdzić, jak zatrudnienie w administracji rośnie. Miałem inną politykę i raczej dostosowywałem tych, którzy są. Edward Lasok zwalnia sporo ludzi, często z powodów politycznych, jak w przypadku mojej synowej.

Kiedy zostałem prezydentem, to przyszedł do mnie pewien  facet, którego ledwo znałem. Powiedział: „No, Grzegorz, wygraliśmy. To co, jakiś etat za 3-4 tys. zł i samochód służbowy? Co prawda mam wykształcenie zawodowe, ale załatwisz mi to i masz mnie z głowy”. Zdarzały się takie sytuacje, ale sobie z nimi radziłem. Później w życie wszedł moduł ustawy o pracownikach samorządowych, który mówił, że na kierownicze stanowiska muszą być konkursy i tego typu presja była coraz mniejsza. Po tych ostatnich zwolnieniach w Mysłowicach mam podejrzenia, że u obecnego prezydenta ta presja jest chyba coraz większa.

A jest coś, co pan w Mysłowicach postrzega pozytywnie za obecnej kadencji?

Niewiele się dzieje, a często to, co się dzieje, jest kontynuacją rozpoczętych przeze mnie działań. Przykładowo obecny prezydent sam głosował za tym, żeby hali nie kończyć, po czym ją zrobił, ale za milion złotych więcej. Jest jakiś nowy festiwal ekumeniczny, którego wcześniej nie było. Jeżeli to jest poziom Off Festivalu to gratuluję. Owszem, rozpoczęliśmy kwestię budowy Drogowej Trasy Średnicowej z Sosnowcem i Jaworznem i to rzeczywiście jest jakiś pomysł, żeby odciążyć centrum. Ale prezydent działa bardzo zachowawczo. Jest administratorem, a nie wizjonerem.

Często pojawia się zarzut, że za miastem ciągną się długi  zaciągnięte przez pana.

Z pewnością kiedyś panu Lasokowi poświęcę więcej czasu z tego powodu i ciągle rozważam, czy nie zrobić tego na drodze sądowej. Opowiada się o tych słynnych „przekrętach Osyry”. Miałem trzy sprawy sądowe. Wszystkie wygrałem prawomocnie. Jedynie w kasacji jest wyrok za domniemane wprowadzenie w błąd organów ścigania. Nie mam i nie miałem natomiast nigdy żadnej kary za naruszenie dyscypliny przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Jeżeli były zaciągane jakieś kredyty, to przecież także za wiedzą pana Lasoka. Takich rzeczy nie robi sam prezydent w oderwaniu od rady miasta. Swoją drogą jestem przekonany, że za obecnej kadencji zaciągnięto większe długi, niż ja przez 8 lat i jestem w stanie to udowodnić. A inną sprawą jest to, że prawie wszystkie miasta są zadłużone. Ważne, żeby sensownie wydawać pożyczone pieniądze.

Jak pan komentuje wyrok skazujący w sprawie o upozorowanie przez pana zamachu na samego siebie?

Nie chce mi się na ten temat mówić, jeżeli w rzeczywistości nie ma żadnych dowodów, a wszystkie opinie świadczą na moją korzyść. Spokojnie sobie z tym poradzę. Nawet nie dlatego, że jest to jakoś wielce uciążliwe, ale dla mnie to kwestia ambicji. Powiem tylko, że to był moment kampanii wyborczej i sam wyrok był nieprzypadkowy. Na dwa tygodnie przed wyborami na pewno nie zrobił dla mnie dobrego klimatu. Ale gdybym zrezygnował, to drugi w kolejce byłby pan Pastuszka, a tego nie chciałem. Później mimo wszystko miałem drobną satysfakcję, że ani PiS, ani PO nie przeskoczyły w wyniku mnie, potencjalnego kryminalisty.

Nowa kampania zbliża się wielkimi krokami. Jako doświadczony polityk ma pan podejrzenia, jak będzie przebiegała?

Zapewne będzie duża negatywna kampania wobec Edwarda Lasoka.  Będzie podobnie jak ze mną, kiedy prowadzona była „antyosyrowa”, a nie „prolasokowa” kampania. Oceniam, że z Platformy będzie kandydowała Jolanta Charchuła. Zapewne nie odpuści Daniel Jacent.

Wśród kandydatów obok Edwarda Lasoka są wymieniani Bernard Pastuszka i Dariusz Wójtowicz. Jak pan ocenia ich szanse?

Każdy z nich ma szanse, jeżeli będzie w stanie skutecznie zdyskredytować prezydenta merytorycznymi argumentami odnośnie tego, co Edward Lasok miał w programie wyborczym, a czego nie zrobił. Kiedy ja startowałem miałem dokładnie tyle lat, ile Wójtowicz i myślę, że to jest dobry wiek na to stanowisko. Z drugiej strony na pewnym etapie pomogłem zarówno Wójtowiczowi, jak i Pastuszce w różnych sytuacjach. Dariusz Wójtowicz dostał za moim pośrednictwem od miasta mieszkanie. Miałem z tego tytułu dużo kłopotów. Potem zrobił rzecz niegrzeczną. Wystąpił z mojego klubu, a przecież sporo osób pracowało na jego kampanię. Z tego powodu jest niewiarygodny nawet dla swojego środowiska. Poza tym jest ateistą i antyklerykałem i to nie wszystkim się podoba. Bernard Pastuszka też miał taki moment, że jego radni potrzebowali wsparcia i tego wsparcia także im udzieliłem, a na pewnym etapie nie dotrzymał danego mi słowa. Ja słowa dotrzymuję. Moim zdaniem żaden z tych kandydatów nie ma tej cechy. Może Wojciech Pawlik, ale jego mało osób zna. Nie mówię o wszystkich zobowiązaniach wyborczych, bo od sołtysa do premiera jest tak, że nie wszystko da się później zrealizować.

Ale jak kontrkandydaci zaczną ćwiczyć obecnego prezydenta, a za kilka miesięcy zaczną, to mogą się pojawić jeszcze różne inne nazwiska. Ja na pewno kogoś wskażę i będę chciał komuś pomóc.





Komentarze