Uzdrawiająca moc jedzenia cz. I

Uzdrawiająca moc jedzenia cz. I

W dzisiejszych czasach dużo pracujemy i wciąż jesteśmy zabiegani. Czasem aż tak, że zapominamy o prawidłowym odżywianiu, jedząc w biegu i niszcząc sobie zdrowie, bo zazwyczaj wybieramy produkty wysoko przetworzone i pozbawione jakichkolwiek składników odżywczych. A przecież jedzenie to pokarm nie tylko dla ciała, ale i dla duszy.

„Niech pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem” – ten fragment przysięgi Hipokratesa, którą do dziś składają lekarze, jest nawet bardziej aktualny obecnie niż ponad dwa tysiące lat temu. Hipokrates, ojciec współczesnej medycyny, już wtedy zauważył, że organizm ludzki ma wrodzoną zdolność do samoleczenia. Trzeba mu jedynie stworzyć ku temu odpowiednie warunki.

Gdy byłam mała, w okresie zimowym mama robiła syrop z cebuli i czosnku, który ochoczo wypijałam, i dzięki któremu przez większość czasu udawało mi się uniknąć antybiotykoterapii. Do tego ciepła herbata z miodem i cytryną i to wystarczyło, żeby nie leżeć w łóżku przez pół zimy. Niestety, odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach zmienił się sposób podejścia do chorób i ich leczenia, zarówno ze strony lekarzy, jak i pacjentów. W dobie rozkwitu wielkich koncernów farmaceutycznych i wprowadzenia do obiegu „pigułki na wszystko”, wydaje się, że lepiej leczyć niż zapobiegać. Wielu z nas wybiera drogę na skróty, bo tak jest łatwiej. Gdy boli głowa, sięgamy po tabletkę poleconą przez panią Goździkową. Podczas przeziębienia czy grypy zostawiamy fortunę w aptece, zamiast skorzystać z babcinych sposobów, które pewnie okazałyby się skuteczniejsze niż te wszystkie syropki, gorące drinki i krople do nosa. Bolą plecy lub kolana? Po co się męczyć, przecież jest maść przeciwbólowa. Reklamuje ją znany aktor, więc musi zadziałać! Co ciekawe, idąc do lekarza z mniejszym lub większym problemem zdrowotnym, wracamy do domu z receptą na kolejną porcję chemii z apteki. I nie zastanawiając się nad przyczyną naszego schorzenia, połykamy magiczną tabletkę, narażając się na szereg skutków ubocznych i przy okazji pomagając komuś zbić majątek.

Zastanawiające jest to, że jeszcze kilkadziesiąt lat wstecz stosowanie leków i dostęp do nich nie był tak powszechny jak obecnie, a mimo to ludzie wydawali się być zdrowsi i pełni energii. Jak to możliwe? Dziś co drugie dziecko ma na coś alergię, rano wstajemy i już nam się nic nie chce, a rak i choroby serca stanowią prawdziwą zmorę dwudziestego pierwszego wieku. Z całą pewnością sami się do tego przyczyniliśmy, bo wybierając wygodne życie w cywilizowanym świecie, musieliśmy w zamian z czegoś zrezygnować. Nie mamy wolnego czasu, jesteśmy przemęczeni i zestresowani, a w pogoni za pieniądzem rzadko pomyślimy o tym, żeby o siebie zadbać. Czy komponując i spożywając kilka posiłków dziennie w ogóle zastanawiamy się, z czego one są złożone i jak nasz organizm je wykorzysta? Czy jesteśmy świadomi, ile środków chemicznych jest dodawanych do żywności tylko dlatego, żeby dłużej przetrwała w sklepach? Czy czytamy etykiety? I wreszcie, czy myślimy o tym, że to, co wkładamy do ust, ma wpływ na nasze samopoczucie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne?

Bez wątpienia związek pomiędzy zdrowiem i jedzeniem jest olbrzymi i tak naprawdę wielu problemom zdrowotnym moglibyśmy zapobiec, stosując profilaktykę. Pisząc o „profilaktyce”, mam na myśli zapobieganie pojawieniu się chorób, a nie leczenie chorób już powstałych, które najczęściej sprowadza się jedynie do konieczności przyjmowania leków, bez wyeliminowania przyczyny. A gdyby tak odstawić wszystkie medykamenty i podążając za filozofią Hipokratesa, zacząć leczyć się jedzeniem i na ból głowy zaparzyć zioła, na grypę zjeść kanapkę z czosnkiem lub wypić herbatę z miodem i imbirem, a na ból pleców użyć octu jabłkowego albo oleju kokosowego? Możemy tylko zyskać, bo oprócz korzyści zdrowotnych płynących z faktu, że nie faszerujemy się chemią, a wykorzystujemy to, co dała nam natura, zachowujemy też gotówkę w portfelu i otrzymujemy dokładnie taki sam albo lepszy efekt. Nie twierdzę oczywiście, że za pomocą jedzenia będziemy w stanie wyleczyć raka (choć w Stanach Zjednoczonych zdarzały się przypadki wyzdrowienia po podawaniu pacjentom końskich dawek witaminy C), jednak stosując dobrodziejstwa natury, z dużym powodzeniem pozbędziemy się przeziębienia, alergii, anemii, depresji, zmniejszymy ryzyko powstania choroby wieńcowej czy wyleczymy grzybicę. A to wszystko prostym sposobem, który sprowadza się do spożywania tzw. superfood, czyli superjedzenia: produktów naturalnych i nieprzetworzonych, zawierających mnóstwo witamin i minerałów, będących dla organizmu bombą witaminową.

Dostarczając ciału odpowiednie składniki odżywcze, możemy nie tylko zapobiec wielu chorobom wynikającym z niedoborów lub błędów żywieniowych, ale również wyleczyć te, z którymi już się borykamy: poprzez wyrównanie poziomu potrzebnych organizmowi witamin czy minerałów i utrzymywanie ich na optymalnym poziomie. I tak właśnie pożywienie stanie się lekarstwem, wprawdzie bez patentu czy zezwolenia Ministerstwa Zdrowia, ale też bez jakichkolwiek skutków ubocznych, w pełni przyswajalne i naturalne.

W następnej części opiszę, jakie produkty spożywać przy konkretnych schorzeniach. Tymczasem, aby dodać sobie energii i zadbać o dobre samopoczucie, proponuję przygotowanie koktajlu warzywno-owocowego. Składniki: cztery banany, średniej wielkości burak, jabłko, duża marchew, pomarańcza, dwie szklanki wody mineralnej niegazowanej lub przegotowanej, dwie łyżeczki cukru (opcjonalnie ksylitol lub stewia w proszku). Przygotowanie: wszystkie składniki obieramy, myjemy i kroimy na kawałki. Blendujemy, można też użyć sokowirówki. Dodajemy cukier, mieszamy. Najlepiej smakuje schłodzony. Na zdrowie!





Komentarze