Wielka podróż za miedzę. Twarze Mińska

fot. A. K. Wójcik
fot. A. K. Wójcik

Mińsk to miasto, do którego nie jeździ się zbyt często. Może dlatego, że cena białoruskiej wizy skutecznie odstrasza.

Pierwsze wrażenia z Mińska? Czysto, ładnie, schludnie. Można powiedzieć: porządnie. Co prawda główna hala dworca kolejowego ma tyle samo wspólnego z dobrym smakiem, co główna hala dworca w Częstochowie – jest postmodernistycznym snem o Zachodzie, łączącym w sobie szkło, granit, wszystkie kolory tęczy i wszechobecne palmy, które prawdopodobnie mają nieco przybliżyć Mińsk do Kalifornii, ale cóż, tak budowano w latach 90. Wrocławski Solpol wszędzie znajdzie brata.

Zejście do metra z tunelu pod dworcem. Wystarczy zobaczyć kilka przystanków, aby wiedzieć, że stacje nie przypominają tych moskiewskich, a nawet kijowskich metro-pałaców, ale to nieważne. Znów: jest czysto, schludnie, porządnie. Zewsząd kuszą podziemne reklamy Burger Kinga, który w stolicy Białorusi rozpoczął ostrą walkę z McDonald’s. Przewagą Króla jest dowóz jedzenia na zamówienie, z czego mińszczanie korzystają chętnie – małe skuterki z logo sieciówki kursują bez przerwy po całym mieście. I tak oto sierpy i młoty, którymi stacje metra muszą być udekorowane (a jakże!), zmieszały się z symbolami amerykańskiego kapitalizmu.

Ścisłe centrum. Stacja metra Niamiha, także sterylna mimo dziesiątek tysięcy pasażerów, którzy każdego dnia przetaczają się przez jej tunele. Po wyjściu z podziemi wita nas widok mińskiej starówki, czyli Górne Miasto. Od razu nasuwa się jedna myśl: Mińsk musi być bardzo ładny i ciekawy. I taki, na szczęście, jest w istocie.

Jak każda szanująca się metropolia, także Mińsk ma wiele twarzy. Jest zatem „twarz litewska” nadana Mińskowi w czasach I Rzeczypospolitej. Patrząc przez pryzmat litewskiej twarzy, Górne Miasto przypomina trochę Wilno i tak, jak w Wilnie, białe kamienice i kościoły podkreślają wagę tego najważniejszego miejsca, serca wręcz, białoruskiego państwa. Biała i nieskazitelna twarz Mińska przechodzi jednak płynnie w twarz nadaną przez Kraj Rad: monumentalną, socrealistyczną. Tu Mińsk przypomina Moskwę. Wielkie gmachy i parki przyćmiewają święte Górne Miasto rozmachem i nie pozostawiają wątpliwości, że Związek Radziecki przyćmiewa dokonaniami całą wcześniejszą historię

ludzkości.

Jest też twarz, nazwijmy ją, pragmatyczna. To osiedla z wielkiej płyty, które piękne nie są, ale nikt od nich piękna nie wymaga. Mają po prostu zaspokajać potrzeby mieszkaniowe mińszczan i robią to nie najgorzej. Osiedla są, jak wszystko w Mińsku, zadbane, czyste i zielone – brak zaskoczenia, da się żyć. Twarz pragmatyczna to również hotele, sklepy, uniwermagi, biurowce i cała infrastruktura, która także nosi w sobie socjalistyczny genotyp. Jest także twarz światowa. To nowoczesne biurowce, biznes wszelkiego rodzaju, wspomniane Burger Kingi i złote mewy McDonald’s, hipsterskie knajpy, barbershopy, kawiarnie, imprezownie, hostele i pijani Brytyjczycy. Oraz Niemcy, Amerykanie i reszta ogólnoświatowego towarzystwa podróżniczo-alkoholowego. Poczciwy i wesoły naród podróżników nie zostawi w spokoju żadnego skrawka świata, to tylko Polacy boją się wschodnich sąsiadów.

Każda z tych twarzy jest prawdziwa, one mieszają się między sobą, tworząc wbrew pozorom spójną całość. Życie w Mińsku wygląda trochę tak: możesz wstać rano i iść do najbliższej stacji metra, oglądając plakaty propagandowe Republiki Białoruś. Na stacji metra przywitają cię sierpy i młoty, a może nawet jakiś nie całkiem martwy Lenin. Gdy dojedziesz do pracy, siadasz za biurkiem w swoim klimatyzowanym szklanym biurze, odpalasz komputer i zamawiasz przez internet śniadanie z nowo otwartej restauracji. A, niech będzie: z ekologiczną żywnością. Tak właśnie Wschód z Zachodem na Białorusi się pożenił.

Pożenił się także politycznie i mentalnie, zresztą podobnie jak w Polsce. W Mińsku jednak zarówno Wschód, jak i Zachód, dwa europejskie bieguny, bardziej krzyczą, chcąc na siłę podkreślić swą przewagę. Może to przez zachwyt mińszczan nad „europejskim” stylem życia połączonym z trwożnym szacunkiem dla radzieckiej przeszłości?

Czas gna do przodu jak mińskie metro, a wraz z upływem czasu zmienia się świat, Białoruś i Mińsk (patrząc na zdjęcia Mińska sprzed kilku lat, zmiany następują szybciej, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć). Stąd pytanie: która twarz stolicy Białorusi ostatecznie zwycięży i przejmie władzę nad miastem? Zapewne ta światowa, jej będzie najwięcej. Globalizacja może nie działa dokładnie tak, jak jeszcze dziesięć lat temu twierdzili socjolodzy – narody trzymają się świetnie i nacjonalizują się na potęgę, ich charaktery także duszą się w sosie własnym, zaś konserwatyzm jest trendy jak „Gwiezdne wojny”, ale jednak postępuje. Już sam fakt, że każdy młody człowiek zarówno z Mińska, jak i Nowego Jorku, przegląda rano Instagrama, sprawia, że globalizacja i tak nami włada, choć rozgrywa nas podstępem, tworząc fortel w postaci dostępu do informacji.

Wracając do Mińska – stolica Białorusi jest bardzo fotogeniczna, dużo bardziej niż Moskwa czy Warszawa. Pozuje do zdjęć i, trzeba przyznać, robi to jak modelka „Vogue’a”. To jasne, że różne twarze miasta na pewno w tym pomagają. Koniec końców: wrażenie, które ma turysta, wychodząc z podziemnej Namihi, jest słuszne. Mińsk to bardzo ciekawe i ładne miasto.





Komentarze