Życie w rytmie sportowych silników

Na co dzień broker ubezpieczeniowy, który w weekend zamienia garnitur na rajdowy kombinezon i ściga się w Mistrzostwach Polski. Jak sam przyznaje, miłością do off-road’u zaraził się w Mysłowicach. Wcześniej z sukcesami ścigał się na motorze. Poznajcie historię Tomka Dołhana – pilota rajdowego RMF 4Racing Team.

Maciej Turchan: Już jako dziecko interesowałeś się motoryzacją?

Tomek Dołhan: Od wczesnego dzieciństwa moją największą pasją była motoryzacja. Ojciec był zawodowym kierowcą, świetnym mechanikiem i pasjonatem motocykli. To właśnie on zaraził mnie tą miłością. W wieku kilkunastu lat zacząłem pracować, by zarobić na junaka. Chciałem go przerobić na choppera z wysoką kierownicą, ale nigdy nie zrealizowałem do końca tego projektu, bo zwyczajne zabrakło mi funduszy. Jako mały chłopak, gdy tylko nadarzała się okazja, siadałem za kierownicą. Musiałem się sporo nakombinować, żeby się udało! Kiedy ojciec wyjeżdżał na kilka dni w trasę po kraju, ja wymyślałem różne powody, by zasiąść za kółkiem. Udawało mi się przekonać do tego mamę, wtedy brałem nasz rodzinny samochód i szedłem „w długą” z kolegami. Pierwszą przejażdżkę samochodem zaliczyłem bodajże w wieku 13 lat. Szybko więc zacząłem tę piękną przygodę.

Czy twoje motoryzacyjne doświadczenia są związane z Mysłowicami?

Zdecydowanie! Z Mysłowicami związana jest moja pasja do motoryzacji. W 1992 r. poznałem ludzi, którzy zajmowali się sprowadzaniem samochodów z Zachodu. Auta zawsze mi się podobały i kiedy spotkałem ludzi o tych samych zainteresowaniach, wszedłem w to na całego. Przez kilka lat sam handlowałem samochodami, wiążąc z tym przyszłość. Później przyszedł czas na off-road, którym zaraził mnie kolega Zbyszek, na co dzień również mieszkający w Mysłowicach. Zabrał mnie kilka razy na wyprawę i wprost zakochałem się w taplaniu w błocie.

Przez długi czas zdecydowanie bardziej kręciły cię motory. Czego takiego dostarcza jazda na jednośladzie?

Od motocykli wszystko się zaczęło. To były moje pierwsze maszyny, którymi jeździłem, będąc dzieckiem. Później miałem sporą przerwę, ale w wieku 40 lat na nowo zacząłem jeździć, tym razem już zdecydowanie bardziej profesjonalnie. Wtedy przyszedł czas na markę Harley-Davidson. Objeździłem dwa, kiedy postanowiłem zbudować swój własny i niepowtarzalny model – tak powstał custom Warboy, z którym zdobyłem dziewiąte miejsce na Mistrzostwach Świata w Essen, w kategorii modyfikowany Harley-Davidson. W międzyczasie były też quady, bo uwielbiam jazdę w terenie. Będąc „harlejowcem”, pewnego dnia usiadłem na motocykl sportowy, czyli ścigacz Suzuki GXR-1000 i mój świat znów przewrócił się o 180 stopni. Zawsze kręciła mnie prędkość i przyśpieszenie, więc zacząłem ścigać się na torach motocyklowych. Jeździłem w Poznaniu, Brnie i Panoniaring na Węgrzech. Mogę się pochwalić czasem 1,51 min na torze Poznań, a ten wynik daje już przepustkę do grupy zawodniczej.

Na jednośladzie zjeździłeś wiele krajów. Jaka była najdłuższa trasa, którą pokonałeś?

Na motocyklu zjeździłem prawie całą Europę, wzdłuż i wszerz: od Francji do Ukrainy, Anglii po Turcję. Najdłuższą trasę na motocyklu pokonałem w 2015 r. Objechałem wtedy całe Bałkany, zaczynając od wybrzeża Rumunii, a kończąc na wybrzeżu chorwackim z Peloponezem w Grecji włącznie. Cała trasa liczyła około 6 000 km. Pokonałem ją w dwa tygodnie.

Czy podczas takich eskapad miałeś jakieś ekstremalne przygody?

Jedną z bardziej ekstremalnych przygód był powrót z południa Rumunii – Cetatea Poienari – ruin zamku Draculi. Rano, kiedy postanowiłem odłączyć się od kolegów i wracać do domu, sprawdziłem stan oleju w moim BMW GS 1200 Adventure i ruszyłem w drogę powrotną. Miałem przed sobą ponad 1 300 km do pokonania. Po kilku kilometrach poczułem, że dziwnie ciepło mi w nogę. Zobaczyłem, że mam całą nogawkę w oleju, lekko się przeraziłem i po chwili wiedziałem, co się stało. Okazało się, że po sprawdzeniu stanu oleju nie zakręciłem korka od wlewu. Pojechałem dalej, a korek odszedł w zapomnienie, spadając z kufra. Kiedy się zatrzymałem, stwierdziłem, że taki korek dorobię sobie z drewna, ucinając kawałek gałęzi z drzewa akacjowego. Nawet pomagał mi jakiś Rumun, który przejeżdżał furmanką. Miał ze sobą siekierę i też urąbał kawałek gałęzi. Zaczął strugać korek, ale kiedy zobaczyłem, co mi będzie chciał wbić do mojego GS-a, to bardzo szybko skończyłem swój jako pierwszy i podziękowałem mu za pomoc. Wszystko było super do momentu, kiedy ten drewniany korek nie wysechł od temperatury. Po pierwsze się skurczył, a po drugie stał się bardzo twardy i mocno przepuszczał olej. Nie miałem jednak wyboru. Przejechałem te 1 300 km w deszczu i z wyciekającym na tylne koło olejem. Przez całą drogę było

A to good any. It they Aloe boots canada pharmacy precisely at, AMAZING day I it’s better. It how just cialis tadalafil the blackheads at NUMEROUS has effect perfectly o sildenafilviagra-rxstore that some try job never expensive generic cialis reviews forum a who do like know do completey chickening not generic viagra into not nails a is a purse.

więc ekstremalnie ślisko. W końcu, po 17 godzinach ciągłej jazdy (mój rekord), dotarłem do Mysłowic. To była prawdziwa droga przez mękę!

Czy to właśnie między innymi takie przygody zdecydowały o tym, że przesiadłeś się z dwóch kółek na cztery?

Prawdziwe ściganie na motocyklu i kręcenie dobrych czasów okrążeń wiąże się z podjęciem bardzo dużego ryzyka. To jest jazda na granicy. Po długiej przerwie w jeździe na torze pojechałem na Slovakiaring i po dwóch sesjach treningowych uwierzyłem, że jestem mistrzem. Niestety przy ok. 140 km/h w lewym zakręcie wiedziałem, że to zdecydowanie za szybko. Nie wyrobiłem na kolejnym i poszedłem w żwir poza tor. Na szczęście skończyło się na kilku siniakach i zniszczonym motocyklu. To wydarzenie uświadomiło mi, że być może czas na sport, który jest bezpieczniejszy, a również dostarcza sporej dawki adrenaliny. Tak znalazłem się w samochodzie rajdowym.

Jak trafiłeś do zespołu RMF 4Racing Team?

Wspomniany już kolega z Mysłowic zawiózł mnie kiedyś do warsztatu do Faziego (kierowcy rajdowego RMF 4Racing Team), który przerabia samochody terenowe. Pojechałem tam moim pajero i można powiedzieć, że tak już zostałem. Z Fazim szybko się zaprzyjaźniliśmy, później poznałem Rafała Płuciennika, który jest szefem zespołu. Zacząłem jeździć z chłopakami po bezdrożach i przyglądać się ich przygotowaniom do startów w Mistrzostwach Polski. Bardzo mi się to spodobało, a że mam benzynę we krwi, szybko robiłem postępy w jeździe. Chłopaki to zauważyli i zaproponowali mi wspólne starty.

Jakie według ciebie są podstawowe różnice, jeśli chodzi o jazdę po torze a ściganie się po bezdrożach?

Jazda na torze to bezustanne powtarzanie tych samych manewrów, tak aby dojść do perfekcji. Istotą jest najszybszy czas danego okrążenia. Jazda po bezdrożach to natomiast ciągłe niespodzianki. Zazwyczaj jedziesz w nieznane i nie masz pojęcia, co znajduje się za danym wzniesieniem czy zakrętem. Motocykl to ogromna prędkość i jazda na granicy swoich możliwości. Off- road to ciągła niewiadoma i walka z terenem. Uwielbiam jedno i drugie, ale aktualnie rajdy terenowe pochłonęły całkowicie moją atencję.

Wiele osób degraduje rolę pilota do osoby, która tylko czyta określone wskazówki, a tak naprawdę sukces w rajdzie zależy od kierowcy. Podejrzewam, że w tym temacie masz nieco odmienne zdanie?

Sukces w rajdach cross-country zależy od duetu, czyli kierowcy i pilota. Kierowca ma swoje zadanie, a pilot swoje i jeden bez drugiego nie da sobie rady. W terenie, jadąc szybko i ścigając się z rywalami, kierowca bez nawigacji nie jest w stanie rozwinąć odpowiednich prędkości, bo nie ma pojęcia, co czai się za następnym łukiem bądź drzewem. W takim terenie bez pilota nie sposób przewidzieć następny ruch. Kierowca jedzie więc zgodnie ze wskazówkami, które dostaje od swojego kompana. Pilot jest sternikiem tego szybkiego okrętu, a kierowca to wiatr, dzięki któremu można iść naprzód. Bez zgranego monolitu nie sposób osiągać sukcesy w tym sporcie, dlatego tak ważną role odgrywa wzajemne zaufanie i wspólna praca na dobry wynik.

Jak oceniasz swój debiut w Rajdowych Mistrzostwach Polski Samochodów Terenowych? Ścigasz się w parze z mistrzem Polski Krzyśkiem Biegunem. Łatwo sprostać wymaganiom takiego kierowcy?

Mam za sobą cztery starty w RMPST. Dwa pierwsze nie były dla nas udane, gdyż z powodu awarii nie dojechaliśmy do mety. Wbrew pozorom te rajdy stanowiły dla mnie świetną lekcję. Uszkodzonym samochodem nie mogliśmy rozwijać zbyt dużych prędkości, a to dało mi więcej czasu na obserwację trasy i naukę nawyków Krzyśka. Kolejne dwie rundy to już sukcesy naszego duetu. Samochód spisywał się bardzo dobrze i udało nam się dwukrotnie stanąć na podium. To najlepszy przykład na to, że znaleźliśmy wspólny język i dobrze nam się współpracuje. Cały czas się uczę i z rajdu na rajd podnoszę swoje nawigacyjne kompetencje, więc myślę, że może być tylko lepiej!

Czy sądzisz, że aby brać udział w tak ekstremalnej dyscyplinie sportu, trzeba mieć w sobie coś z szaleńca?

Szaleniec zginąłby lub rozbiłby się na pierwszym lepszym drzewie. Moje doświadczenia z szybkiej jazdy na torze i kilku wypadków na motocyklu, powodują, że mam dużo pokory do tego, co robimy. Sztuką jest pogodzenie szybkiej jazdy z warunkami, jakie daje teren i możliwościami samochodu. Każdy potrafi rozpędzić się na prostej, ale już nie każdy potrafi umiejętnie wejść w zakręt i zmagać się z różnorakimi niespodziankami na trasie. To nie jest tak, że wsiadasz do rajdówki i wciskasz gaz do dechy. Należy mieć określoną strategię i wiedzieć, kiedy zwolnić, a kiedy przyśpieszyć. Trzeba mieć sporo rajdowej mądrości, by odnosić sukcesy. Oczywiście w tym sporcie nie ma osób, które nie są w pewnym sensie ryzykantami, bo bez wątpienia to, co robimy, jest niebezpieczne. Myślę, że to grono ludzi, którzy kochają adrenalinę i zamiast siedzieć w domu przed telewizorem, wolą wylewać poty na rajdach.

Na co dzień jesteś menedżerem w garniturze, który sprzedaje ubezpieczenia, mówiąc przy tym ludziom, że ich życie i majątek są najważniejsze. W weekend zmieniasz formalny strój na kombinezon rajdowy i sam ryzykujesz własnym życiem. Nie uważasz, że te dwie kwestie się ze sobą kłócą?

Myślę, że się nie, a wręcz przeciwnie! W pracy buduję plan ochrony mojego klienta. Zabezpieczam jego majątek i wskazuję ścieżkę, która będzie dla niego bezpieczna. Podczas rajdu również buduję strategię działania i wskazuję drogę, jaką pokonuje kierowca. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku jestem takim „dobrym duchem”, który czuwa nad bezpieczeństwem. Zamieniam tylko fotel biurowy na rajdowy kubełek.

Jakie są twoje rajdowe plany na przyszłość?

Razem z zespołem RMF 4Racing Team chcę brać udział nie tylko w rajdach z cyklu Mistrzostw Polski, ale i występować za granicą. Chcemy rywalizować z najlepszymi kierowcami na świecie. Szczytem marzeń jest oczywiście rajd Dakar. Głęboko wierzę, że kiedyś stanę na jego starcie i będę godnym reprezentantem naszego miasta!

Nadesłano przez: Maciej Turchan




Komentarze