O pokemonach i astronomii, czyli od magii do nauki

fot. Fotolia
Kamil Wójcik zaprasza nas do fascynującego świata fizyki fot. Fotolia

Kiedy byłem mały, myślałem, że fajnie byłoby umieć czarować jak w bajkach. Fajnie byłoby mieć czarodziejską kulę, przez którą mógłbym rozmawiać z ludźmi, którzy są daleko. Troszeczkę urosłem i z anteną, którą sam zrobiłem z kawałka drutu, biegałem po pokoju, żeby złapać Polsat i zobaczyć „Pokemony”.

Pewnie nie byłem jedynym dzieckiem, które uważało, że pokedeks to fajne urządzenie. Potrafi rozpoznać każdego pokemona, podaje o nim ważne informacje. I jest mały. Super! Kilka lat później poznałem „Władcę pierścieni”. Podziwiałem wiedzę medyczną Elronda z Rivendell, niezwykle rozwiniętą inżynierię materiałową krasnoludów, którzy umieją robić lekkie i wytrzymałe stopy metali. Jeszcze później spodobała mi się mapa huncwotów z „Harry’ego Pottera”. Wiedźmińskie eliksiry albo zaczarowane drzwi otwierające się na odpowiednie hasło też są fajne. Ach, gdyby tylko mieć takie magiczne rzeczy…

Dla mnie fizyka nigdy nie była nudna. No, może nie że nigdy, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie moim pokedeksem jest smartfon z dostępem do internetu i Wikipedii. Jest też moją czarodziejską kulą do komunikacji. Eliksirów, które podnoszą skupienie albo wytrzymałość, akurat nie zażywam, może poza kawą, ale mniej więcej wiem, jak „magicznie” takie specyfiki działają. Wszelkiego rodzaju hasła otwierające drzwi na zamek szyfrowy nie robią na nikim wrażenia. Raka potrafimy leczyć radioterapią protonową, bez operacji, nie niszcząc tkanki przed i za nowotworem. To może jeszcze nie ten poziom medycyny co w Rivendell, ale coraz bliżej. Nasza inżynieria materiałowa jeszcze też nie dogoniła krasnoludów z Morii, ale to kwestia czasu. Ja w tym wszystkim widzę nic innego, tylko nauki przyrodnicze.

Co nauka ma wspólnego z magią? To, że niesamowite rzeczy da się dzięki niej zrobić. Wiemy, jak poruszać elektronami, w drucie jakiego kształtu, by nadać falę radiową, która przenosi na odległość fajną piosenkę. Wiemy też, co zrobić, by gdzie indziej z tej fali radiowej z powrotem zrobić piosenkę. Czy to nie jakby magia? Każdy wymyśli więcej podobnych przykładów, jeśli zechce.

A czym różni się nauka od magii? Po pierwsze tym, że nauka istnieje i działa. Zawsze działa. Tak samo za każdym razem. Po drugie tym, że każdy może się jej nauczyć. Nie trzeba dostać listu z zaproszeniem do Hogwartu. Żadnej łaski! Każdy. Tylko trzeba poświęcić temu dużo wysiłku i czasu. No ale w powieściach i bajkach nauka czarów była trudna i zajmowała lata. Tu zero różnicy. Po trzecie, autorzy wymyślają w swych powieściach taką magię, jaką chcą. Jeśli chcą, żeby czarodziej mógł różdżką przenosić rzeczy na odległość, to w ich książce tak się da. W życiu nie. Prawa natury, które naukowo poznajemy, są takie, jakie są i nikt ani nic tego nie może zmienić. Wielu ludzi, często wpływowych, nie mogło się z tym pogodzić, bo prawa natury nie pasowały im do światopoglądu. Ile lat trzeba było, by ludzie pogodzili się z tym, że Ziemia jest nie centrum wszechświata, a jedną z planet krążącą wokół jednej z wielu gwiazd? Ta prawda tak bardzo nie pasowała do przekonań Kościoła katolickiego, że za jej głoszenie palono na stosie. Ale czy to się komuś podobało czy nie, to po prostu prawda. Ostatecznie Kościół uznał, że wypieranie prawdy nie przybliża nas do Boga, że być może Bóg, posiadający przecież nieskończoną wyobraźnię, mógł wymyślić coś ciekawszego niż malutki kosmos, w centrum którego jest Ziemia, a wokół kilka planet, słońce i światełka zwane gwiazdami. O nie, jest znacznie ciekawiej!

To nie tak, że tylko Kościołowi nie pasowała jakaś prawda o świecie, którą odkryliśmy. Kościół był taki, jak ludzie w tamtych czasach. Tak myśleli ówcześni uczeni, prawie wszyscy: nie mieściło im się w głowach, że możemy być po prostu jedną z wielu planet krążącą wokół jednej z wielu gwiazd. Może po prostu Kościół też tworzyli ówcześni ludzie, dlatego miał takie zdanie, a nie inne? Może zamiast kogoś winić, trzeba się pogodzić, że takie były czasy i tacy ludzie? Ileż razy w historii sami świeccy naukowcy nie chcieli zaakceptować wyników swoich własnych odkryć? Wiele razy. Ile razy wymyślali eksperymenty tylko po to, żeby obalić swoje własne teorie? Ile razy naukowca, który zrozumiał i wyjaśnił jakieś niezrozumiałe wcześniej zjawisko, inni naukowcy przez lata traktowali jak niepoważnego szaleńca? Nauka to nie jest marsz uczonych ludzi w jednym słusznym kierunku. Nauka to opowieść o naszej ludzkiej głupocie, o małości naszego rozumu, ale też o tym, z jakim mozołem próbujemy te nasze ograniczenia przezwyciężyć. Nauka jest jak niezwykle ciekawa opowieść. A efekty uprawiania nauki, poznawanie praw rządzących światem, umożliwiają nam robienie rzeczy, które nasi przodkowie uznaliby za magię.

Od zawsze chciałem rozumieć, „jak świat działa”. Mam za swoje: jestem doktorantem fizyki. Dobra, żarty na bok: jestem doktorantem fizyki, bo zawsze chciałem. Bo dla mnie to jest najciekawsze, co można robić. Nawet jeśli, Drogi Czytelniku, się ze mną nie zgadzasz, to nie ma problemu. Zapraszam do moich artykułów, których planuję tu kilka napisać. Postaram się wyjaśnić, co jest w tej nauce takiego pociągającego. Wiem, że w szkole bywa tak nudno, że na sam widok podręcznika z fizyki się zasypia. Ale ja się nie nazywam Ministerstwo Edukacji Narodowej i postaram się pisać nieco ciekawiej. Zapraszam od następnego numeru!

Nadesłano: Kamil Wójcik




Komentarze