Szukamy artystów, nie wokalistów. Rozmowa z Przemkiem Myszorem

fot. Robert Skłodowski/stylizacja Pepe Jeans
fot. Robert Skłodowski/stylizacja Pepe Jeans

Z Myslovitz przemierzył cały świat. Teraz ocenia młodych muzyków. Przemek Myszor został właśnie jurorem w programie „Gwiazdy rocka” w TVP Rozrywka.

Bogumił Stoksik: Kiedy rozmawialiśmy kilka lat temu, nie miałeś najlepszego zdania o programach typu talent show, ale zdecydowałeś się na udział w „Gwiazdach rocka”.

Przemek Myszor: Nie oglądam takich programów. Między „Idolem” czy „Big Brotherem” nie ma dla mnie różnicy. Miałem opory, ale się zgodziłem. Dalej nie jestem entuzjastą, ale to trochę inny talent show. Nie z jakimiś świecącymi światełkami, choćby dlatego, że produkcja nie ma takich pieniędzy, ale nie naciskam też jakiegoś śmiesznego przycisku, nie płaczemy tam ze wzruszenia, słysząc ciekawy głos. Ten program nie manipuluje tak bardzo emocjami. No i trochę się jednak zmieniło w talent shows. Brodka, Ania Dąbrowska, Krzysztof Zalewski czy Dawid Podsiadło pokazują, że mogą się z nich wywodzić świetni artyści. Ale zarówno ja jako oceniający, jak i, mam nadzieję, uczestnicy, mamy świadomość, że może się nas wykorzystać, pokazać w dobrym lub złym świetle, bo telewizja z natury rzeczy przekłamuje rzeczywistość.

Co masz na myśli?

Porównuję to, co widziałem w telewizji, z moimi wrażeniami z programu, do którego każdy uczestnik przynosił innej jakości podkład. Różnice w odbiorze są naprawdę spore. Tam ktoś brzmi wyraźnie lepiej lub gorzej. W telewizji każdy brzmi i wygląda podobnie. Oglądając nagranie, nie widzę ruchu tego człowieka, tylko np. zbliżenie twarzy. Nie oceniam tego całościowo. Widzę tylko fragmenty. Co prawda nie było jakichś przekłamań, ale odbiór jest zupełnie inny. Jako dziennikarz na pewno wiesz, co mam na myśli.

Jakich wokalistów szukacie w programie?

Każdy z nas pewnie szuka czegoś innego, ponieważ mamy inne gusta. Ja nie szukam wokalistów, tylko artystów. Nie wystarczy mieć dobry głos. Na pierwszym etapie można śpiewać kawałki innych wykonawców, ale później trzeba już pokazać coś swojego. Poza tym nie szukamy kogoś, kto jest kopią dotychczasowych muzyków. Nie szukamy drugiego Michaela Jacksona, tylko, powiedzmy, Tomka Nowaka, kogoś, kto jest samym sobą. Nazwa programu sugeruje, że estetycznie obracamy się w konkretnej estetyce, ale to mylny trop, bo przychodzą różni uczestnicy, również tacy, którzy mają co prawda świetny głos, ale z rockiem to nie ma zbyt wiele wspólnego. Zresztą wydaje mi się, że rock dla każdego znaczy dziś coś innego. Na pewno dla każdego z jury, ale też i dla każdego odbiorcy, ciebie czy mnie. W środku oczywiście znaleźlibyśmy może i tych samych wykonawców, ale na obrzeżach tego określenia niekoniecznie musielibyśmy być zgodni w rozumieniu „rocka”. To tak jak w życiu. Ja lubię czasem wpaść do centrum, przejść się po sklepach, wypić kawkę, pójść do urzędu, poszwendać się, popatrzeć, posłuchać, ale generalnie przebywam i mieszkam na obrzeżach miasta i tam mi jest dobrze. Muzyka, którą się dziś gra, jest najczęściej fuzją wielu gatunków: hip-hopu, rocka, elektroniki, folku, songwritingu, cold wave’u, metalu i w pierony tego jeszcze razem do kupy. I mnie taka pomieszana muzyka najczęściej najbardziej się podoba. Lubię nieokreślenie w muzyce, lubię unikalne kolory, nawet kiedy są ledwie zaznaczone gdzieś w tłach. Sleaford Mods to hip hop, zimna fala, alternativ rock, electro? Nie – to coś pomiędzy, jakkolwiek ktoś by to dziś nazywał. Nie interesuje mnie rock – interesuje mnie przekaz, „to coś”, co mnie łapie za twarz i wyciera mną ściany jak w filmie o opętaniu czy innych egzorcyzmach. I takich wykonawców szukam.

Łatwo jest być jurorem?

Dla mnie bardzo trudno. Za każdym razem modliłem się, żeby nie być tym, który zaczyna wypowiedź po występach uczestników, kiedy kończą śpiewać i czekają na ocenę. Ja szukam plusów i raczej staram się na nie zwracać uwagę, pokazać je, bo wiesz, te pozytywy dają ludziom energię, żeby pracować nad sobą. Jeśli ktoś ma w sobie „to coś”, to raczej da się to zauważyć, nawet jeśli ma słabszy moment. Choć w preselekcjach odpadły największe oszołomy, to jednak zdarza się też, że coś bardzo komuś nie wychodzi, czasem masz uwagi i to jest nieprzyjemne. Nikt nie spodziewa się negatywnej oceny, przychodząc do programu, i jeśli już taką słyszy, to niejeden nie jest w stanie tego przyjąć. Były bardzo nieprzyjemne sytuacje, kiedy po prostu nie wiadomo było, co powiedzieć po występie, przykre dyskusje, gdy uczestnicy nie zgadzali się ze zdaniem komisji. Czasem pytałem siebie w myślach: „Co ja tu robię, po co mi to?”.

Programy typu talent show, jeśli odniosą sukces, są wiatrem w żagle kariery samych jurorów. Jakie jest twoje zdanie?

Nie potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli program okaże się sukcesem, to oczywiście fajnie, może pozna mnie parę osób na ulicy. Ale to nie jest show, który skupia się na jury. Ja sam nie wiem, co mam robić ze sobą, kiedy występują uczestnicy. Nie chcę ich urazić, zawstydzić śmiechem czy jakimiś grymasami. Więc staram się słuchać z kamienną twarzą, ale to też może sprawiać wrażenie, że mi się nie podoba. Trudno być naturalnym przed kamerą. Chciałbym, żeby „Gwiazdy rocka” odniosły sukces, bo są ciekawe plany na przyszłość, pomysły na rozwój programu, dające potencjalnie duże korzyści uczestnikom.

Nie mogę cię o to nie zapytać. Co słychać u Myslovitz?

Robimy nowy materiał. Pracujemy nad nim od czterech lat i mamy już naprawdę sporo nowych piosenek. Jeśli tylko uda nam się w miarę szybko napisać teksty, jest szansa, że w tym roku zakończymy pracę nad nowym albumem. Bardzo bym chciał.





Komentarze