Pisarz to człowiek na literackim haju

Pisarz to człowiek na literackim haju

Ciągle w innym świecie, ciągle nie á propos ziemniaków i prania… Tak mówi o sobie Marta Obuch, autorka komedii kryminalnych, poetka, fotografka i dziennikarka. Debiutowała w 2007 r. powieścią „Precz z brunetami!”. Ceni sobie humor Joanny Chmielewskiej, dlatego poszła w jej ślady. Obecnie mieszka w Katowicach, gdzie prowadzi warsztaty, fotografuje, a w wolnym czasie pisze powieści. Uwielbia gotować i oglądać dobre filmy.

Aleksandra Klimek: Jak rozpoczęła się pani przygoda z pisaniem książek?

Marta Obuch: To było pragnienie i potrzeba. Od zawsze. Odkąd pamiętam. Nie musiałam się więc zbytnio zastanawiać nad wyborem drogi życiowej, kroczyłam nią od samego początku, choć najpierw pisanie było tylko moją pasją, nie pracą. Pióro trzymałam w rękach już jako kilkuletnia dziewczynka, później oswajałam za jego pomocą świat jako nastolatka, teraz przeżywam rzeczywistość słowem pisanym jako kobieta i jako kobieta tę rzeczywistość, czasem ponurą, słowem pisanym odczarowuję, zaklinam, ubarwiam. Początki były jednak trudne: dla pisania musiałam zaryzykować i rzucić pracę zawodową. Nie ukrywam, że było to możliwe tylko dzięki pomocy męża.

Ale udało się.

Udało się, ale nie każdy wie, że pisanie to wcale nie łatwy kawałek chleba. To długie godziny spędzane przed komputerem, w samotności, i ciągła walka z samą sobą, ciągła sztuka automotywacji – a ja do pisania potrzebuję czynnika ludzkiego, bardzo, nawet najbardziej. Owszem, są spotkania z przyjaciółmi, jest rodzina, ale tu chodzi o coś innego. O przepływ inspiracji, który dokonuje się, kiedy wymieniasz się ploteczkami z koleżanką z pracy, kiedy ktoś cię wkurzył, bo powiedział szefowi na twój temat o jedno słowo za dużo. Nie uświadamiamy sobie, jak wiele daje nam codzienna obecność ludzi, nawet tych irytujących. I ile ta obecność generuje impulsów. Bo w pracy pisarza chodzi o życie, które wdziera się do głowy i nie pozwala przestać myśleć. I dlatego postanowiłam wrócić do aktywnego życia zawodowego, poza domem. Aktualnie kontynuuję karierę naukową i bardzo mi z tym dobrze. Poziomy samotności i ludności w moim życiu się wyrównały.

Czego mogą spodziewać się czytelnicy, biorąc do ręki najnowszą powieść o dość intrygującym tytule „Wiedźma duszona w winie”? Proszę zdradzić kilka szczegółów.

Bohaterką „Wiedźmy” jest dyrektorka banku, która dziedziczy w miasteczku pod Opolem dość nietypową nieruchomość: stary zabytkowy dworzec. I życie ważnej pani dyrektor zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Szpilki idą w odstawkę, Bożena zamienia je na gumiaki, a jej zarozumiałość i elokwencja nie robią na nikim w miasteczku wrażenia. Oczywiście są trupy, jest śledztwo, ale jest i stara Cyganka, natura, którą Bożena odkrywa i na swój sposób przeżywa, jest i współspadkobierca Roch, któremu panienka z miasta bynajmniej nie imponuje. Moi bohaterowie gotują, drą ze sobą koty, wróżą sobie z kart, a przestępcy pałętają się obficie w tle. Jednym słowem – duży rozgardiasz.

To prawda, że akcja pani książek zwykle rozgrywa się na Śląsku? Do jakich miejsc można dzięki nim dotrzeć?

Postanowiłam pisać o miejscach, które znam, żeby zawrzeć w książkach jakiś ładunek prawdy. I wielkiej sympatii do Katowic, do mojego regionu. Chciałam dać mieszkańcom to, czego ciągle doświadczają warszawianie (Warszawa jest chyba najlepiej opisanym w literaturze polskiej miastem) czy choćby poznanianie, którzy mają „Jeżycjadę” Małgorzaty Musierowicz. Miło jest czytać o swoim mieście, odkrywać je na kartach powieści, zaglądać w uliczki, które widzi się niby codziennie, ale nie wszystko się tam dostrzega. „Wiedźma duszona w winie” nie należy w tym względzie do wyjątków, choć główna część akcji toczy się w miasteczku Pruska Stacja, pod Opolem. Jednak bohaterka pochodzi z Katowic i o nich mówi, tu mieszkają również i inne postacie. A że Opole leży niedaleko… tradycji staje się zadość. Śląsk w książce jest jak zwykle obecny.

Dla kogo są przeznaczone pani książki? Tylko dla kobiet?

Gdybym miała opisać idealnego adresata moich książek, bez wątpienia powiedziałabym, że piszę dla ludzi z poczuciem humoru. Na szczęście nie dotyczy to żadnej konkretnej płci. Oczywiście, że komedie kryminalne, a u mnie dodatkowo wątek romansowy jest dość żywy, czytają zazwyczaj kobiety i mam tego świadomość, ale prowadzę korespondencję z czytelnikami i jak najbardziej znajdują się wśród nich i mężczyźni. Tłumaczę to sobie tym, że staram się przekazać w książkach jakiś pogląd na świat. Opisując perypetie kryminalne, dzielę się swoimi przemyśleniami, refleksjami, i to może być dla mężczyzny okazją do podpatrywania kobiety, do jej zrozumienia. Do tego dochodzi bonus w postaci dobrej zabawy, ponieważ dlatego właśnie piszę komedie: żeby poprawić humor innym i sobie.

Joanna Chmielewska po przeczytaniu „Precz z brunetami!” powiedziała, żeby pisała pani więcej takich książek.

Tak naprawdę to od Joanny Chmielewskiej wszystko się zaczęło. Mam na myśli poważne pisanie, bo pisałam zawsze, z tym, że do szuflady. I czytałam, wręcz pochłaniałam książki królowej polskiego kryminału. Mimo że Joanna Chmielewska pisała bardzo dużo, nawet pięć powieści w roku, co jest osiągnięciem, dla mnie to było wciąż mało. I któregoś dnia stwierdziłam, że skoro nawet pięć książek w roku to wciąż nie dość, zacznę sama pisać i wydawać. I zrealizowałam to postanowienie.

Pisarka była dla pani autorytetem, inspiracją?

Joanna Chmielewska wciąż jest dla mnie autorytetem. A nawet kimś więcej – nie wiedząc o tym, pośrednio zmieniła kierunek mojego losu. Jej swoboda pisania, ogromnie bliskie mi poczucie humoru, charyzma – jako człowieka, co czuje się z kart książek… Trudno spotkać pisarza, który by to wszystko przebił. Jej książki zawsze były dla mnie plastrem, wsparciem, siłą. I tak już zostanie.

Pomysł na kolejną powieść już jest czy powstaje spontanicznie?

I jest, i tworzę spontanicznie. Zwykle przygotowuję ogólny zarys fabuły, rozpisuję poszczególne wątki, ale powstawanie książki to również pierwiastek nieprzewidywalności, magii, który należy uszanować. Książka musi żyć, mnóstwo szczegółów, perypetii, charakter bohaterów klaruje się w trakcie pisania. I kiedy się wściekam i załamuję, że nie mam pomysłu, jak pewne sprawy rozwiązać, staram się pamiętać, jak było podczas pisania poprzednich kryminałów. Wszystko się rozwiąże, ułoży. Trzeba tylko odpuścić i regularnie robić swoje. Pisać, każdego dnia pisać, nie tracić kontaktu z książką. I tak to właśnie jest. Pisarz to człowiek na literackim haju. Ciągle w innym świecie, ciągle nie à propos ziemniaków i prania…

KONKURS. Przygotowaliśmy dla was egzemplarz „Wiedźmy duszonej w winie”! Aby o niego powalczyć, napiszcie, za co lubicie książki Marty Obuch. Odpowiedzi wysyłajcie na adres a.nocon@gazetamyslowicka.com do 22 lipca włącznie. Wybierzemy spośród nich jednego zwycięzcę, z którym skontaktujemy się mailowo i nagrodzimy książką. Powodzenia!





Komentarze