„Kokaina” – recenzja

„Kokaina” to debiut literacki Arkadiusza Siedleckiego, ale jaki debiut! Książka zbiera same pozytywne opinie i jest szeroko reklamowana.

Należy się wielki ukłon wydawnictwu 2piętro za tak wspaniałą promocję. Arek nie skończył studiów, by wyjechać do Wielkiej Brytanii. Mieszka tam z żoną, dwójką dzieci i psem, marząc, by móc utrzymać się z pisarstwa. Po ogromnym sukcesie „Kokainy” być może będzie to możliwe już niedługo?

Do książki podeszłam z dużą dozą nieufności, przyznaję. Jak tekst zbiera tak pozytywne opinie, głupio byłoby wydać negatywną, a jestem ostrym krytykiem. Bez pardonu chciałam znaleźć w książce wszystkie błędy i wytknąć je, ale bez złośliwości. Niewiele znalazłam, chociaż mogłabym przyczepić się do Żydów pisanych małą literą i mnóstwa zaimków osobowych (przynajmniej połowę dałoby się wyrzucić), ale to mało jak na tak bogatą książkę.

Poznajemy Krzyśka i jego rodzinę. I od razu duży plus dla autora za idealne odmalowanie rodziny z tamtych lat, pracy, picia wódki, społeczeństwa. Doskonały zmysł obserwacji, te swojskie, gliwickie podwórka, ludzie, zachowania. Brawo, autorze! Teraźniejszość przeplatana wspomnieniami (czasami zbyt długimi w moim odczuciu) tworzy nam obraz osoby – Krzysztofa Mikulskiego, z wadami, zaletami i problemami emocjonalnymi. Przyznaję, autor wykonał kawał dobrej roboty. Postać Krzyśka, zarysowana grubą kreską, jest konsekwentna i ciekawa. Jakże wiele z jego przemyśleń jest trafnych. Zapewne niejedna osoba (w tym także pisząca recenzję) może się utożsamiać z tym, co bohater ma w głowie. I znów duży plus za pokazanie beznadziejności, braku poczucia własnej wartości i walki o siebie.

„Kokaina” to książka o poszukiwaniu. Młody człowiek posiadający, na pierwszy rzut oka, wszystko. Czego może potrzebować? Dlaczego czuje się tak bardzo obcy, inny, dziwaczny? Jak wiele osób czuło się podobnie jak on? Chyba to właśnie mnie zauroczyło. Prawdziwość. Podczas czytania wracają wspomnienia i zalewają czytelnika falą sprzecznych uczuć. I tutaj tkwi siła tej książki. Porusza struny, które od dawna pozostawały w uśpieniu. Jest mocna, ciekawa.

Nie wszystko jednak mi się podobało. W pewnym momencie historia zapętla się (Lee White, postępowanie Carmen) i nie wszystko zostaje wyjaśnione. Jak gdyby koniec tekstu pisany był w pośpiechu. Brakowało opisu przyjazdu Jagody, tych świąt (te kilka zdań w tekście jest dla mnie niewystarczające), relacji po powrocie, rozmów.

Sama końcówka jest genialna! To chyba najlepsza scena w całej książce i dla niej warto przeczytać całość. Piosenka Tadeusza Woźniaka nadaje klimat i idealnie wpasowuje się w grozę sceny i jej ostateczność. I znów brawa!

Arkadiusz wykonał kawał dobrej roboty. Jest nie tylko przykładem, że debiut może wypaść mocno i dosadnie, ale także dowodem na to, że debiutanci potrafią pisać naprawdę dobrze. Mam nadzieję, że kolejne teksty Arka będą na takim samym, bądź jeszcze wyższym poziomie. Czego życzę zarówno sobie, autorowi, jak i reszcie czytelników.





Komentarze