„Opowiadania nowojorskie” – recenzja

Okładka książki

Henry James to „Bostończyk z urodzenia, Europejczyk z kultury”, uważany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku realizmu psychologicznego i chętnie ekranizowany przez Michaela Winnera, Jane Campion czy Agnieszkę Holland.

W swoich „Opowiadaniach nowojorskich” autor przenosi nas do Nowego Jorku przełomu XIX i XX wieku podzielonego na dziewięć opowiadań o miłości i pieniądzach. Konwenanse, wyrzeczenia, obietnice i hipokryzja to jedne z wielu cech charakteryzujących bohaterów. „Historia pewnego arcydzieła”, „Stałość Crawforda” czy „Plac Waszyngtona” to tylko niektóre z epizodów ukazujące typowe zachowania Amerykanów – często te stereotypowe. Na próżno szukać tam pozytywnych zakończeń czy krystalicznych bohaterów, muszę również dodać, że owe zakończenia z czasem są do przewidzenia. Nie jest to jednak wadą książki, co może zaskakiwać. Henry James potrafi podejść swojego czytelnika i sprawić, aby nie odkładał on pozycji po jednym opowiadaniu. Porusza temat, który w pewnym sensie jest domeną naszych czasów, mianowicie mówi otwarcie o stracie czegoś pięknego i delikatnego, a swoją złość i frustracje przelewa w mistrzowski sposób na karty książki. Graham Greene powiedział o nim, że jest w historii powieści tym, kim Szekspir w dziejach poezji, a to do czegoś zobowiązuje.





Komentarze