„7 dni w Hawanie”

fot. filmweb.pl
Kadr z filmu "7 dni w Hawanie"fot. filmweb.pl

„7 dni w Hawanie” to film aż siedmiu reżyserów o stolicy Kuby ukazanej z bardzo niestereotypowego punktu widzenia. Nie ma tu za dużo polityki i opowieści, jak to w socjalistycznym kraju jest beznadziejnie. Są emocje, piękno, specyfika tego barwnego miasta.

Film pokazuje tydzień w Hawanie, każdy dzień koncentruje się na innej sytuacji. Laurent Cantet, Benicio Del Toro, Julio Médem, Gaspar Noé, Elia Suleiman, Juan Carlos Tabio i Pablo Trapero stworzyli wielowymiarowy świat, w którym historie różnią się między sobą, mimo elementów wspólnych, takich, jak np. atmosfera Hawany. Jest w tym wszystkim dużo spójności. Jednak nie wszystkie historie zafascynowały mnie tak samo. Każda z nich wydawała mi się interesująca i wymowna, ale nie zawsze udawało się mi wczuć w nastrój danego dnia.

Poniedziałek („Yuma”) Benicia del Toro pozwala zanurzyć się w nocne życie stolicy Kuby z perspektywy amerykańskiego aktora. Ta nowela w swojej prostocie ukazuje mnogość charakterów i osobowości na tle mocno zakrapianych kubańskich imprez. Wtorek („Jam Session”) to główny powód, dla którego zdecydowałem wybrać akurat ten film. Emir Kusturica, szalony i niezwykły reżyser mojego ukochanego „Arizona Dream” jako aktor. I na pewno dostałem to, czego chciałem. Kusturica gra tutaj samego siebie przyjeżdżającego na Kubę, by odebrać nagrodę. Nie jest jednak zainteresowany pozowaniem na wielkiego, dostojnego artystę,  nie jest też zbytnio trzeźwy. Nieoczekiwanie odkrywa przyjaźń i niesamowitą muzykę wybrzmiewającą w dusznych budynkach i nad brzegiem morza. Niestety, już środa, opowieść o rozdarciu śpiewaczki Cecilii między pozostaniem na Hawanie, a wyjazdem do Hiszpanii, a przede wszystkim między jednym mężczyzną a drugim, mimo ciekawie ukazanego tematu, odrzuca mnie ogromem dramatyzmu i emocjonalności opartej na zbyt łzawej dla moich uszu muzyki. Czwartek. Znowu zaczyna mi się podobać. Cudzoziemiec oczekujący na ważne spotkanie spaceruje, obserwując życie miasta i jego mieszkańców. Jego spojrzenia czasem tajemniczo spotykają się ze spojrzeniami innych. Ogląda morze i ludzi bezgłośnie wpatrujących się w wodę. Dzięki pięknym ujęciom i świetnej grze aktorskiej, z oczekiwania, spacerów i ciekawości cudzoziemca wyłania się podróż w głąb samego siebie. Po delikatnym i subtelnym czwartku przychodzi gwałtowny piątek. Rodzice poddają córkę o homoseksualnych skłonnościach „oczyszczającemu” rytuałowi. Ta część „7 dni w Hawanie” jest absolutnie szokująca i niespodziewana. Mroczny, gęsty klimat rytuału oraz wizualna i dźwiękowa perfekcja scen fascynuje. Z drugiej strony, ukazany jest dramat i strach młodej dziewczyny przechodzącej przez dość brutalny egzorcyzm. Sobota oscyluje między radością i smutkiem, podkreślając melancholię. Ukazuje głównie sytuację w rodzinie i jej otoczeniu, gdzie związki międzyludzkie, może nie zawsze idealne, są jednak bardzo bliskie. Wnikliwie pokazane są też przeciwieństwa w ludzkim sercu, a wszystko bez jakiegoś przesadzonego, bezlitosnego krytycyzmu. Zamiast tego mamy zrozumienie i miłość. Tydzień kończy się „Fontanną”, gdzie znowu mamy odniesienia do wierzeń. Tym razem Martha, inspirowana snem, zwołuje nagłe zebranie sąsiadów, którzy mają razem wznieść fontannę na żądanie bogini. Mimo trochę nudnych scen przygotowywania uroczystości, nowela jest bardzo ciekawa między innymi dzięki muzyce i barwnym obrzędom.

Trudno ocenić mi tę produkcję jako całość. Powiem tak – dobra, momentami wspaniała, ale też nierówna. Dlatego wolę podchodzić do każdego reżysera indywidualnie.

Tym, którzy są zaintrygowani filmem, można polecić seans w katowickim Światowidzie, film wyświetlany jest obecnie codziennie o 20.30.

Nadesłano przez: Adam Wowro




Komentarze