Dzieje kamienicy przy pl. Mieroszewskich

fot. archiwum MDH
Pl. Wyzwolenia, obecnie pl. Mieroszewskich. Lata 60.-70. XX w. Pocztówka fot. archiwum MDH

To jedna z najpiękniejszych kamienic w Mysłowicach, należąca do prywatnych właścicieli. Obecnie pustostan. Budynek przy pl. Mieroszewskich wchodzi w skład historycznego układu urbanistycznego miasta wpisanego w 1972 r. do rejestru zabytków. Sam jednak nigdy nie został do niego wpisany jako nieruchomość. W jednym z raportów o stanie miasta z początków XXI w. kamienica ujęta została w tabeli dóbr kultury obiektów proponowanych do objęcia ochroną prawną. Od kilku lat jest niezamieszkana, nękana pożarami zaprószonymi przez dzikich lokatorów, zdewastowana od wewnątrz. Pomimo pogarszającego się stanu technicznego wciąż stoi dumnie w malowniczym miejscu, tuż obok przylegającego do niej Parku Zamkowego.

Kamienica zbudowana została na przełomie XIX i XX w. przy ul. Synagogalnej (Synagogen Strasse). Poza pełną, czerwoną cegłą liczne detale zewnętrzne były artystycznie tynkowane oraz wykonane z odpowiednio obrobionego piaskowca. Pomieszczenia wewnątrz również cechuje bogaty wystrój oraz staranne wykończenia. Można tutaj wspomnieć o wysokich i dużych pokojach, tynkowanych zdobieniach na sufitach, solidnych schodach ze zdobionymi drewnianymi poręczami oraz szczeblami, o pięknych piecach kaflowych czy dużych drewnianych drzwiach ze stylowymi framugami. Obiekt ten należał do właściciela firmy budowlanej Antona Krafczyka (pisane również „Kraffczyk”), zaliczającego się pod koniec XIX w. do grona najzamożniejszych mieszkańców miasta. Niewątpliwie wyjątkowe piękno, dbałość o szczegóły, detale architektoniczne i wykończenie budynek zawdzięcza swojemu właścicielowi, który był mistrzem budowlanym.

Anton Krafczyk razem z rodziną pozostał w naszym mieście po 1922 r., kiedy to Mysłowice wraz z częścią Górnego Śląska znalazły się w granicach Polski. W latach 1922-1923 został jednym z sześciu nieetatowych radców magistratu (etatowych radców było dwóch). Później zastąpił go na tym stanowisku Teodor Koenig. Krafczyk, ceniony i zasłużony mysłowicki przedsiębiorca budowlany, prowadził tu firmę do 1936 r. Ostatecznie wraz z rodziną opuścił miasto i wyjechał do Niemiec, do Schönebergu, dzielnicy Berlina. Przed przeprowadzką zamienił się parcelami z Żydem Alfredem Finkelsteinem ze Lwowa. 30 czerwca 1936 r. przekazał połowę parceli przy ul. Jana 7 (dzisiejsza ul. Piastowska) w zamian za parcelę w Berlinie.

Anton Krawczyk miał troje dzieci. Jeden z jego synów, dr Paul Kraffczyk, był prawnikiem, drugi, dr Franz Kraffczyk, dentystą. Natomiast córka, utalentowana artystycznie Elisabeth-Elly Doerrer, była znaną śpiewaczką operową, sopranistką. Nauki muzyczne zdobywała u najlepszych nauczycieli we Wrocławiu i Berlinie. Swoją karierę rozpoczęła w mysłowickim Towarzystwie Śpiewaczym św. Cecylii (Gesang-Verein St.Cäcilia). Występowała w wielu operach niemieckich, m.in. pod kierunkiem reżysera Wielanda. Śpiewała pod batutą wielkich dyrygentów, m.in. Richarda Straussa i Hansa Schmidta-Isserstedta. Można ją było oglądać m.in. w Narodowym Teatrze w Monachium (1931-32), we Wrocławiu (1932-1935), a gościnnie także w Berlinie w latach 1935-1938 (najczęściej w tytułowej roli Aidy opery Verdiego). Poza tym odgrywała główne role Leonory w operze „Fidelio” Beethovena, Izoldy w „Tristanie i Izoldzie” Wagnera czy tytułową rolę Elektry w operze Straussa. Mieszkała wraz z mężem w Mysłowicach do 1935 r., kiedy to na stałe przeprowadziła się do Berlina. Od 1940 do 1959 r. Elly Doerrer związała się z operą w Chemnitz, a po odejściu ze sceny została nauczycielką śpiewu. Zmarła w Karl-Marx-Stadt w 1986 r.

Naprzeciwko kamienicy przy pl. Mieroszewskich 2 i 4 znajdowała się dawna synagoga. Należała ona do gminy żydowskiej, której funkcje zostały przejęte przez nowo wybudowaną pod koniec XIX w., okazałą synagogę przy pl. Wolności (Wilhelmsplatz). Budynek po dawnej bożnicy istnieje do dzisiaj i należy do parafii św. Krzyża, która odkupiła go w 1927 r. od firmy meblowej Robak i przekształciła w Katolicki Dom Ludowy.

Pl. Mieroszewskich ukształtował się w latach międzywojennych XX w. Wcześniej na jego obszarze znajdowały się głównie drewniane zabudowania. Po ich wyburzeniu powstał plac nazwany Nowym Rynkiem, wchodzący w skład dużego mysłowickiego targu. Targ swym obszarem rozciągał się od Starego Rynku poprzez Nowy Rynek, aż po ul. Bytomską. Pl. Mieroszewskich wcześniej nosił inne nazwy: ul. Parkowa, pl. Wyzwolenia, a potem pl. 22 Lipca. Ciekawostką jest, iż część pl. Mieroszewskich bliższa rynku w drugiej połowie XIX w. nosiła nazwę pl. Bluchera (Blücherplatz).

Po zakończeniu drugiej wojny światowej w 1945 r. i kapitulacji Niemiec Mysłowice powróciły w granice państwa polskiego. W kraju zaczęła kształtować się nowa, komunistyczna rzeczywistość polityczno-ustrojowa. Państwo przybrało oficjalną nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa (1952-1989). Do kamienicy wprowadzili się nowi lokatorzy. Dzięki licznym wspomnieniom z tego okresu, jakimi dzielili się uczestnicy otwartej grupy Mysłowickiego Detektywa Historycznego na portalu społecznościowym Facebook, będziemy mogli bliżej zapoznać się z codziennym życiem mieszkańców przy obecnym pl. Mieroszewskich 2 i 4.

Większość uczestników dyskusji zgodnie twierdziła, że to wielka szkoda, w jakim stanie znajduje się ten piękny budynek. Wielu obawia się o jego przyszłość, podpowiadając jednocześnie, w jaki sposób powinno się odratować kamienicę. Niektórzy zadają sobie pytanie, dlaczego opustoszała i nie posiada obecnie mieszkańców. Pojawiają się zgodne opinie o niezwykłym otoczeniu kamienicy. Bliskość Parku Zamkowego oraz rynku nadawała wyjątkowości temu miejscu. Mieszkańcy, uczestnicząc w codziennym życiu w centrum miasta, w jego zabytkowej części, jednocześnie mogli odpoczywać i bawić się w otoczeniu zielonych terenów parku. Zimą dzieci korzystały z parkowej górki, zjeżdżając z niej na sankach.

Miłe wspomnienia pozostawiła mieszkańcom cała ówczesna ul. Parkowa. Kamienica posiadała wewnętrzne podwórko, na którym stał niegdyś duży wóz należący do taty pani Joli. Wóz ten stanowił doskonałe miejsce zabaw dla dzieci. Pan Jarek wspomina z kolei stojący na placu wóz pana Lipowicza (autor artykułu nie jest pewien, czy chodzi o ten sam wóz). Dzieci pomagały w pakowaniu i znoszeniu skrzyń z owocami i warzywami, które później pan Lipowicz sprzedawał na targu. Gdy wracał do domu, dzieci wyczekiwały go już na ul. Kołłątaja. W nagrodę za pomoc mogły liczyć na atrakcję w postaci jazdy na wozie.

Pani Irene wspomina czasy, kiedy uczęszczała do Domu Ludowego na religię. Dom ten znajdował się naprzeciw kamienicy. W drugiej kamienicy przyjmowali natomiast dr Wojnar oraz dr Spiller. W budynku znajdowała się także przychodnia stomatologiczna, gdzie pan Jarek miał zakładany pierwszy aparat na zęby, to była wtedy absolutna nowość. Ortodonta pojawił się tam w 1968 r. Tę datę zapamiętała dokładnie pani Jola, ponieważ z tego powodu została wykwaterowana, by zwolnić miejsce na lokal ortodontyczny. Został on połączony z działającą wcześniej na piętrze przychodnią kolejową. Pani Jola z wielką nostalgią wspomina późniejsze wizyty u tego samego ortodonty: poczekalnia znajdowała się w jej dawnej kuchni, a gabinet w pokoju.

Jednak nie wszyscy mieli dobre wspomnienia z tego okresu. Prof. Sulik opisuje, jak w 1960 r. na trzecim piętrze otrzymał przydział jednego pokoju w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią i zdewastowaną łazienką. Lokal zajmowały już dwie rodziny. W sumie mieszkało tam dziewięć osób. „Prawdziwy kołchoz” – pisze profesor. Pani Urszula wspomina natomiast, że wielu jej sąsiadów miało własny przedpokój. Wydaje się jednak, że początkowo panowała tendencja do dzielenia mieszkań na kilka rodzin, tylko nieliczni posiadali w całości własne. Niektórzy doszukiwali się w tym rozwiązaniu pozytywów, tak np. odczuwała pani Jola. Jej prywatna część mieszkania składała się z jednego pokoju oraz kuchni, przy czym całość stanowiła aż 55 m kw. Taki metraż w późniejszym budownictwie z płyty betonowej zawierał z powodzeniem dwa pokoje, łazienkę, kuchnię oraz przedpokój.

Pani Zofia i pan Mariusz przytaczają informację o budowniczym kamienicy Kraffczyku oraz jego córce Elly, słynnej śpiewaczce operowej. Podczas opisywania kolejnych wspomnień pan Krzysztof podsuwa pomysł napisania książki o historii mieszkańców. Potem dodaje, iż nie tylko ta kamienica, ale praktycznie każda kryje swoje niepowtarzalne opowieści i nadaje się do opisania. Pierwowzorem mogłaby być lektura „Chłopcy z placu Broni”. Pani Jola wtóruje i pisze, że także wpadła na pomysł spisania wspomnień w książce dla swoich wnuków, którzy nie znają dzisiaj takiego życia, jakie wiodło się kiedyś. I mimo że do tego nie doszło, przytacza kolejne ciekawe opisy z życia lokatorów kamienicy przy pl. Mieroszewskich 2 i 4. Otóż na podwórku znajdował się wydzielony ogródek. Tam w okresie letnim, na sznurach oplecionych pomiędzy powbijanymi w ziemię palami wymalowanymi w indiańskie wzory, wieszało się pranie. Dla dzieci było to idealne miejsce do zabawy w Indian. W latach 60., kiedy na ekranach kin królował Winnetou z książek Karola Maya, nietrudno było obudzić w najmłodszych wyobraźnię. Kolorowe pale świetnie nadawały się do przywiązywania złapanych jeńców. Tuż obok płotu na placu rósł ogromny kasztan: idealne miejsce na wspinaczki. Wykorzystywane przez dzieci były również dachy podwórkowych komórek oraz wychodków. Bieganie i skakanie po nich sprawiało wiele frajdy. Dzisiaj wydawałoby się to nie do pomyślenia. Wtedy to była codzienność i idealny plac zabaw. Na szczęście na pierwszym piętrze w oficynie kamienicy mieszkała pani Kaźmierczakowa. Była postrachem wszystkich niegrzecznych dzieci. To ona sprzątała po psotnikach, goniła ich i ustawiała do pionu. „W dzisiejszych czasach na każdym osiedlu przydałaby się taka pani Kaźmierczakowa do utrzymywania porządku, przed którą dzieci czułyby respekt” – pisze pani Jola.

Wiele osób w tamtym czasie posługiwało się konnym transportem. Na ul. Parkowej pan Janasiak miał konie. Rozwoził węgiel m.in. dla pana Krzysztofa. Także na ul. Kaczej dysponowano transportem konnym. Wielką wyprawę dla pani Joli stanowiła podróż z wujkiem na wozach konnych z ul. Kaczej do Sosnowca, gdzie wybrali się po materace do łóżek. „Bywały również smutne historie, np. kiedy koń pana Janasiaka pewnego razu uległ kontuzji i musiał zostać zastrzelony” – wspomina pani Jola. W kolejnych latach transport konny ulegał sukcesywnej wymianie na spalinowy. Brat pana Lipowicza posiadał ciężarówkę, którą rozwoził węgiel, o czym wzmiankuje pan Jarek.

Pan Krzysztof przypomina o podziemnych połączeniach kamienic przez piwnice. Np. na ul. Kaczej można było wejść do otwartego wejścia piwniczego ulokowanego tuż obok śmietnika i wyjść z drugiej strony ul. Grunwaldzkiej. Pan Krzysztof, bawiąc się w dzieciństwie z innymi w żołnierzy, nieraz odbywał takie piwniczne wojaże. Moja ciocia Renata (wspomina z kolei autor), która mieszkała niegdyś przy ul. Żwirki i Wigury, opowiadała mi o podobnej sytuacji: dało się przejść kilka kamienic dalej piwnicami ulokowanymi pomiędzy ul. Bytomską a Towarową.

Wspomnień nie było końca. Można przytaczać wiele kolejnych: o wytwórni cukierków na podwórku ulokowanej na poziomie piwnicy, pięknym ogrodzie z altaną i kwiatami państwa Sitków, małym baseniku i groźnym psie Reksie pilnującym ogrodu, warsztacie samochodowym pana Jureczko, budce z tyłu kamienicy od strony parku, gdzie sprzedawano lody Bambino kakaowo-śmietankowe za 1,70 zł lub 2,50 zł, doprowadzeniu gazu do mieszkania przy ul. Parkowej 10, kąpielach z wykorzystaniem gazowego bojlera, piekarni Kostka tuż obok rynku i o wielu, wielu sąsiadach wymienianych z nazwiska.

Niewątpliwie budynek przy pl. Mieroszewskich 2 i 4, tak jak i inne piękne zabudowania znajdujące się w zabytkowym obszarze Mysłowic, zasługuje na należytą opiekę. Na przykładzie kamienicy możemy przekonać się, jak wiele wspomnień i historii kryje w swoich murach. Niestety, jej dzisiejszy los nie jest pewny, stan techniczny z roku na rok pogarsza się, od kilku lat jest niezamieszkana. Miejmy nadzieję, że zostanie w nią tchnięte drugie życie. Jeszcze nie tak dawno, bo w 2005 r., przyjechała do Mysłowic brytyjska ekipa filmowa. Na ul. Piastowskiej (dawna ul. Jana) kręcono ujęcia do filmu „The Great San Francisco Earthquake” w reżyserii Philipa Smitha. Producent filmowy wiedział, jak wyjątkowe jest to miejsce, jaki klimat tworzą mysłowickie kamienice oraz uliczki. Takich ujęć na próżno byłoby dzisiaj szukać filmowcom w tytułowym San Francisco. Mysłowiczanie mają je na wyciągnięcie ręki, obcujemy z takimi miejscami na co dzień. Dlatego dbajmy o nie i pamiętajmy, iż kiedyś będą stanowiły również nasze wspomnienia.

Źródła i bibliografia:

  • Alfred Sulik, „Historia Mysłowic do 1922”, tom drugi, „Historia Mysłowic 1922-1945”;
  • Le théâtre de Teplitz (Teplice), www.teplitz-theatre.net;
  • wspomnienia i wiadomości przekazane przez uczestników otwartej grupy Mysłowickiego Detektywa Historycznego na portalu społecznościowym Facebook: Jarek Cmok, Mariusz Gąsiorczyk, Jan Hałas, Irene Korfanty, Krzysztof Mondry, Zofia Mycawka, Alfred Sulik, Jola Tomczyk-Dziubka, Hugo Ksawery Urbańczyk, Urszula Zapała, Andreas Adam Zenker;
  • archiwum i opracowania MDH.

Serdeczne podziękowania dla wszystkich, którzy uczestniczyli w dyskusji w otwartej grupie Mysłowickiego Detektywa Historycznego na Facebooku, za podzielenie się własnymi wspomnieniami oraz liczne komentarze do posta umieszczonego 20 października 2017 r.

Nadesłano: Karol Wieniawski




Komentarze