Krasowskie wezuwiusze

fot. arch.
Jeden z dwóch krasowskich pieców do wypalania skał wapiennych fot. arch.

Krasowy – jedna z wielu dzielnic Mysłowic, położona na peryferiach miasta. I choć sama dzielnica sięga swym istnieniem XIII w., na pierwszy rzut oka próżno tu szukać czegoś poza rozległymi polami, lasami oraz rozrastającymi się prężnie nowymi zabudowaniami mieszkalnymi. Mogłoby się wydawać, że prócz widocznej z jednej strony KWK Mysłowice-Wesoła i z drugiej, w oddali, elektrowni Jaworzno, trudno byłoby wskazać inne ślady industrializacji, jednak wystarczy krótki spacer oraz nieznaczne odkurzenie półki z historią, by odkryć, jak bardzo się mylimy.

Na gęsto porośniętym trawami Wzgórzu Krasowskim, nieopodal przysiółka Furmaniec, który, jak sugeruje nazwa, był niegdyś traktem kupieckim dla furmanek, znajdują się dwa okazy dawnej świetności – wapienniki. Okolica bogata w skały wapienne, swoistą spuściznę przyrodniczą i liczne formy krasowe już w średniowieczu prowokowała miejscowych do wykorzystania dobrodziejstw natury. Okazja nadarzyła się wraz z intensywnym rozwojem górnictwa w pierwszej połowie XIX w. na terenie Mysłowic i okolic, które napędzało powstawanie szeregu innych zakładów i wyrobisk. Węgiel, niekwestionowany lider wydobycia wśród surowców na Śląsku, już na przełomie XIX i XX w. konkurował w Mysłowicach z rudami żelaza, gliną, łupkami ilastymi, piaskiem, piaskowcami, wapieniami i dolomitami. Popyt na te mniej typowe materiały miał związek z rozwojem budownictwa murowanego i innych gałęzi przemysłu. Do dziś w Mysłowicach można oglądać liczne starsze budynki powstałe z materiałów pochodzących z krasowskich wyrobisk.

Sam proces wypalania skał wapiennych, bo właśnie do tego służyły owe konstrukcje, nie był zbyt skomplikowany. Robotnicy wsypywali do pieca od góry na przemian warstwowo kamień wapienny, drzewny lub torf. Wsad, obsypując się w dół pieca, był podgrzewany spalinami ze strefy wypału. Następnie węgiel ulegał zapaleniu. Piec osiągał nawet 12 tys. stopni Celsjusza, bowiem tylko w takiej temperaturze kamień wapienny ulegał rozkładowi. Dwutlenek węgla oraz spaliny uchodziły wysokim, zwężanym u góry w celu uzyskania lepszego ciągu kominem, a schłodzone wapno palone było wybierane dolną furtą.

Wapienniki to nie tylko dzieje śląskiego przemysłu, ale również historia wspaniałych i zamożnych rodzin. Starszy wapiennik, „Skibowy”, na początku XX w. zajął miejsce wiatraka, który niegdyś służył okolicznym mieszkańcom. Przydomek obiektu pochodzi od nazwiska jego budowniczych i właścicieli, rodziny Skibów, krewnych Kazimierza Skiby, pierwszego wójta Katowic. Jednak największy rozkwit tego wapiennika datuje się dopiero po I wojnie światowej na czas zarządzania majątkiem Skibów przez jego wnuka Ignacego, sołtysa Krasów.

Sama praca przy wypalaniu nie należała do łatwych. Do obsługi pieca potrzeba było ok. pięciu osób – jednej przy wypalaniu, a reszty przy wydobyciu surowca kilofami. Następnie kamień wapienny transportowano wózkami kolejką wąskotorową. Cały proces produkcji surowca trwał ok. pięciu dni. Obiekt ten w późniejszym czasie bardzo zintensyfikował pracę. Skalę przedsięwzięcia może obrazować fakt, iż funkcjonująca do dziś huta Ferrum zaopatrywała się tam codziennie w dwie tony wapna potrzebnego do produkcji stali.

Losy biznesu tragicznie i nieodłącznie splatały się z wojennymi perypetiami członków rodzin. Zaraz po zakończeniu II wojny światowej właściciel, Emanuel Skiba, został wywieziony przez Rosjan do Kazachstanu, gdzie dopełnił swojego żywota. Później obiekt został wydzierżawiony jeszcze na trzy lata. Jednak niedługo potem dzierżawca, pan Jojko z Panewnik, również zmarł. Pierwszy wapiennik po pewnym czasie stał się zbyt mało produktywny i podupadł. Nieopodal, na przeciwległym krańcu tego samego wzgórza, powstał drugi, większy wapiennik „Bołdysowy”. Przy nowym piecu pracowało aż dziesięć osób, a sam kamień był wysadzany dynamitem. Następnie ze wsi Krasowy był transportowany najpierw furmankami i traktorami, a później koleją na cały Śląsk oraz poza granice województwa. Majętna rodzina Bołdysów pochodząca z Lędzin, której ten nowocześniejszy obiekt zawdzięczał swoje istnienie, mogła sobie pozwolić na jeden z największych na ówczesne czasy luksusów, dogodność, a przy tym atrakcję dla okolicznych mieszkańców – samochód napędzany tzw. holcgazem, czyli gazem drzewnym. Taki „skarb” musiał robić jednak obowiązkowe postoje, by kierowca mógł naładować drewnem palenisko. Wapiennik „Bołdysowy”, choć po II wojnie światowej dalej czynny, funkcjonował nie bez trudności. Po śmierci właściciela żona próbowała na własną rękę prowadzić interes. Jednak zmuszona koniecznością, wydzierżawiła wapiennik ówczesnemu dyrektorowi kopalni Wesoła, inżynierowi Rudnickiemu. Po powrocie z niewoli syn Bołdysa, były żołnierz Wermachtu, przejął na długie lata interes, który prowadził aż do lat 60. XX w. Z czasem, podobnie jak „Skibowy”, wapiennik „Bołdysowy” zaprzestał wypalania. Stało się to m.in. na skutek naporu tańszej konkurencji.

Obecnie ząb czasu i dewastacja spowodowały podupadanie tych wspaniałych zabytków techniki, ale również kultury. Z całych kompleksów pozostały same piece oraz spore doły wyrobiskowe, odsłaniające skałę wapienną, na której nierzadko można spotkać skamieliny czy inne odciśnięte w kamieniu pozostałości odległych epok. Ze Wzgórza Krasowskiego widoczna jest piękna panorama okolicy, a dwa stare uśpione wapienniki, niczym krasowskie „wezuwiusze”, czekają i mruczą do siebie wapienne historie Śląska.

Nadesłano: Ewa Mikuła, X LO w Katowicach

„Wihajster” – gazeta na Industriadę – jednodniówka Śląskiego Centrum Dziedzictwa Kulturowego w Katowicach z okazji Industriady 2014

www.scdk.pl, www.xlo.pl, www.industriada.pl, www.katowice.uw.gov.pl




Komentarze