Mysłowicki ogród róż

fot. nadesłano
fot. nadesłano

W związku z 72. rocznicą tragedii górnośląskiej działacze Mysłowickiego Towarzystwa Historycznego im. Jacoba Lustiga zauważyli potrzebę przypomnienia historii komunistycznego obozu pracy w naszym mieście. Postanowili przedstawić historię obiektu wzbogaconą o okres drugiej wojny światowej, kiedy na mysłowickiej Promenadzie funkcjonowało niemieckie tymczasowe więzienie policyjne.

1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Mieszkańców Mysłowic już od wczesnych godzin rannych budziły trzaski karabinów oraz huk dział przeciwlotniczych. Między 1 a 3 września zdecydowanie nasiliły się w mieście akcje proniemieckich bojówek. 4 września 1945 r. do Mysłowic wkroczyły regularne oddziały niemieckie. Okres okupacji Śląska rozpoczął terror, w wyniku którego miały miejsce łapanki, aresztowania, a także w wielu wypadkach morderstwa przedwojennych działaczy polskich organizacji politycznych oraz powstańców śląskich, których władze niemieckie uznały za zdrajców. Odnalezienie ludzi uznanych za odszczepieńców na terenie Górnego Śląska nie było specjalnie trudnym zadaniem dla okupantów. Działo się tak ze względu na liczne donosy składane przez proniemiecką część mieszkańców.

Zatrzymani ludzie często trafiali do więzień oraz specjalnie stworzonych przez okupanta obozów: koncentracyjnych, zagłady i pracy. Takie obiekty znajdowały się również w Mysłowicach. Były nimi m.in. podobóz Fűrstengrube w Wesołej oraz podobóz jeńców radzieckich przy kopalni Mysłowice. Mniejsze obozy zostały zlokalizowane także w Brzezince i Imielinie. Ponadto, poza obozami, do przetrzymywania oraz mordowania ludzi Niemcy wykorzystywali istniejący do dzisiaj budynek aresztu śledczego mieszczący się przy ul. Krakowskiej.

Z powodu zwiększającej się liczby więźniów w aresztach i więzieniach zrodziła się potrzeba wybudowania nowych obiektów lub przekształcenia już istniejących budynków na potrzeby niemieckiej machiny terroru i opresji. Jednym z takich miejsc była placówka przedwojennego obozu emigracyjnego należącego do francuskiej spółki Sociéte Cauxif Compagnie Auxiliare et financiere a’ Paris. Jej właściciele, pozostawiając przybytek bez opieki, uciekli z Mysłowic w momencie wybuchu drugiej wojny światowej. Budynki mieściły się przy Hermann Göringstrasse 23 (aktualnie jest to skrzyżowanie ul. Powstańców i Promenady). Na potrzeby więzienia obiekt musiał zostać przebudowany. Na przełomie 1940 i 1941 r. wybudowane zostały na dziedzińcu dwie drewniane wieże obserwacyjne, natomiast na skarpie mieszczącej się obok obozu zainstalowano stanowisko karabinu maszynowego. Cały obóz składał się zatem z trzech budynków murowanych, jednego baraku, dwóch drewnianych wież obserwacyjnych, stanowiska karabinu maszynowego oraz wybudowanego dopiero w 1943 r. baraku dla strażników i baraku gospodarczego. Polizei Ersatz-Gefängnis, gdyż tak brzmiała oryginalna nazwa więzienia, oficjalnie swoją działalność rozpoczął w dniach 8-13 lutego 1941 r. Wówczas do więzienia przybył pierwszy transport więźniów.

Polizeigefängnis początkowo został podzielony na oddziały: męski oraz żeński. Pierwszy składał się z sześciu cel, natomiast drugi z czterech. Oprócz wyżej wymienionych do więzienia trafiały również dzieci. W miarę upływu czasu w kobiecym oddziale zorganizowano celę dla nieletnich chłopców. Nieletnie dziewczęta umieszczone zostały razem z resztą kobiet. Wiele z nich ubranych było w rzeczy, które miały na sobie, będąc zabieranymi z domu. Ze wspomnień Jerzego Siwego, byłego więźnia, możemy się dowiedzieć, że niektóre dzieci nawet w zimie chodziły boso po śniegu, a część z nich nie miała nic poza koszulkami z krótkim rękawem. Początkowo mysłowickie więzienie było przeznaczone dla aresztowanych z okolic Katowic, Sosnowca, a także Bielska. Wraz z upływem czasu i rosnącymi potrzebami niemieckiej maszyny terroru obszar, z którego przyjmowani byli więźniowie, powiększył się. Znalazły się tam osoby zatrzymane w granicach prowincji górnośląskiej oraz mające powiązania z aresztowanymi (w szczególności z członkami ruchu oporu).

Możliwości obozu obliczone były na 204 mężczyzn oraz 75 kobiet. Maksimum osób, które mogły przebywać jednocześnie w obozie, wynosiło 300 mężczyzn oraz 115 kobiet. Wytyczne dotyczące ilości więźniów były ignorowane przez oprawców, w wyniku czego przeciętna liczba więźniów wahała się między 1 000 a 1 200.

Mysłowickie więzienie miało charakter rozdzielczy oraz śledczy. Aresztowani zazwyczaj nie przebywali tu dłużej niż trzy miesiące. Mimo iż miały miejsce niezwykle rzadkie przypadki zwolnień więźniów, to jednak przeważająca liczba osób, które trafiły do więzienia, zwykle otrzymywały wyrok śmierci bądź wysyłane były do obozów koncentracyjnych, co często oznaczało dla osadzonych śmierć. Obozy, do których przenoszono więźniów, to przede wszystkim Auschwitz, Gross-Rosen, Ravensbrűck oraz Mathausen. Stąd wzięła się nadana przez więźniów nazwa niemieckiego aresztu śledczego w Mysłowicach – „przedsionek oświęcimskiego piekła”. Mysłowicki Polizeigefängnis nazywano także ironicznie „Rosengarten”, czyli „ogród róż”.

Kadrę niemieckiego tymczasowego więzienia policyjnego w Mysłowicach stanowili komendanci. Pierwszym, który sprawował tę funkcję, był nieustalony z imienia i nazwiska starszy sierżant policji ze szkoły policyjnej, która znajdowała się w Katowicach-Wełnowcu. Swoje zadanie wykonywał jedynie przez parę tygodni w 1940 r. Drugim komendantem był pochodzący z Saksonii Hans Thomas. Funkcję kierowniczą pełnił najdłużej spośród wszystkich komendantów, bo od 1940 do 1943 r. Został przeniesiony dyscyplinarnie za nieumiejętne zwalczanie epidemii tyfusu w mysłowickim Polizeigefängnis. Jego miejsce zajął trzeci, a zarazem ostatni komendant, pochodzący z Górnego Śląska Karl Reicher. Został zapamiętany jako bezwzględny i rygorystyczny dla osadzonych. Załoga wartownicza liczyła 32 funkcjonariuszy szupo, którzy dowożeni byli ze wspomnianej szkoły policyjnej w Katowicach-Wełnowcu. Większość cywilnych pracowników pochodziło z Mysłowic oraz Katowic. W areszcie śledczym pracowali również funkcjonariusze Gestapo, którzy torturowali i przesłuchiwali więźniów.

Warunki sanitarne panujące w więzieniu były skrajnie szkodliwe dla więźniów. W celach panował brud, lęgły się wszy oraz pluskwy. Skutkiem tego była m.in. epidemia tyfusu, w trakcie której zmarło 78 więźniów i czterech funkcjonariuszy więzienia. O stosunku do osadzonych mówi wiele postawa jednego z lekarzy obozowych o nazwisku Lensen, który odwiedzał areszt w celu zebrania niezbędnych danych dla urzędu stanu cywilnego dotyczących zgonów oraz ich przyczyn. Lensen miał odmówić leczenia więźniów politycznych, stwierdzając, że „nie będzie leczył polskich bandytów”. Pozostała część osadzonych wcale nie miała łatwiej, gdyż zazwyczaj po badaniu lekarskim wystawiana była diagnoza i zalecenia, które były niemożliwe do spełnienia. Składały się na to brak leków oraz lekceważenie wskazań lekarskich przez służby więzienne.

W celu wymuszenia zeznań od przebywających w Polizeigefängnis stosowano wymyślne tortury. Jednym ze sposobów znęcania się nad więźniami był tzw. kołowrotek. Tortura polegała na zakuwaniu rąk w kajdany, następnie przekładano je poniżej kolan. Pomiędzy ręce i kolana wkładano drążek, po czym ofiarę układano pomiędzy dwoma stołami, obracano i bito bykowcami po całym ciele. Kolejną straszną torturą, w której specjalizował się  jeden z katów, agent Gestapo Georg Świerczyński, było wykonanie wyroku śmierci na więźniu przy udziale pozostałych aresztowanych. Polegało ono na tym, że czterech więźniów podnosiło torturowaną osobę za ręce i nogi twarzą do góry, pod głowę podkładano jej kolec umocowany w żelaznej płycie. Piąty więzień uderzał skazanego drewnianą pałką w krocze, w wyniku czego ten mdlał, opuszczając bezwładnie swoją głowę, która trafiała na kolec. Doprowadzało to do natychmiastowej śmierci. Poza wyżej przytoczonymi torturami więźniów wieszano głową w dół, wbijano za paznokcie rozpalone do czerwoności igły, kłuto w jądra oraz zwilżano stopy wodą, opalano je nad ogniem, po czym bito bykowcem.

Niewątpliwie za jedną z tortur można uznać przewóz więźniów do Oświęcimia. Osadzonych ładowano na pakę samochodu transportowego, któremu nadano nazwę „mina”. Mieściło się w niej 10-15 osób. Paka miała formę wielkiej, obudowanej, metalowej skrzyni, do której doprowadzono rurkę, za pomocą której wtłaczano gazy spalinowe do środka. W większości wypadków więźniowie po dotarciu na miejsce byli już martwi wskutek zatrucia lub uduszenia. Natomiast osoby, którym udało się przeżyć, otrzymywały wyrok śmierci. Więźniowie z mysłowickiego obozu skazani przez katowicki Standgericht na karę śmierci zabierani byli na publiczne egzekucje odbywające się na terenie całego Górnego Śląska. Takich wyroków wykonano w trakcie wojny kilkadziesiąt, m.in. w Sosnowcu, Ząbkowicach, Cieszynie, Rudzie Śląskiej, Dąbrowie Górniczej i wielu innych miejscach Śląska.

Przez cały okres funkcjonowania policyjnego aresztu śledczego w Mysłowicach w placówce znalazło się  około 20 tys. osób. Nieznana jest dokładna ilość aresztowanych, które poniosły śmierć bezpośrednio w obozie. Na brak informacji o ilości osób zamordowanych ma wpływ wiele czynników. Często pomijany jest jednak fakt, że uwięzieni, którzy trafili do aresztu śledczego w Mysłowicach, byli kierowani bezpośrednio do niemieckich obozów zagłady, gdzie czekała ich śmierć. Jednym z przykładów takiego postępowania jest pierwsze wykonanie wyroku śmierci przez strzał w tył głowy pod ścianą straceń w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Zostało zamordowanych wtedy prawdopodobnie 80 Polaków, którzy zostali przywiezieni właśnie z mysłowickiego „Rosengarten”. Szacuje się, że gehennę obozów mogło przeżyć co najwyżej 10% osób.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie niemiecki areszt śledczy został przekształcony w komunistyczny obóz pracy. Znane jest za to nazwisko pierwszego oficjalnego naczelnika oraz data, kiedy zaczął pełnić swoją funkcję. Był nim Tadeusz Skowyra, który formalnie swój niechlubny urząd zaczął sprawować 8 lutego 1945 r. Z dzienników aresztowanych wiadomo, iż pierwsi więźniowie do obozu trafili już na początku lutego 1945 r.

Najczęstszymi powodami zatrzymania i osadzenia były współpraca z Niemcami podczas wojny, przynależność do zbrodniczych organizacji, jakimi były np. NSDAP, SS, SA, Hitler Jugend, Freikorps czy Volksbund. W obozie znaleźli się zarówno etniczni Niemcy, jak i Polacy. O trafieniu do obozu decydowała również nadawana przez Niemców określona grupa Volkslisty (powodem osadzenia było posiadanie pierwszej, drugiej oraz w pojedynczych wypadkach trzeciej grupy). Było to o tyle niesprawiedliwe, że Deutsche Volksliste nadawana była według ściśle określonych reguł, ale poprzez urzędników, którzy te reguły traktowali w sposób swobodny. Sam posiadacz Volkslisty nie miał wpływu na przyznanie mu konkretnej grupy. W trakcie wojny Volkslista była w rejencji katowickiej przymusem, a jej niepodpisanie wiązało się z represjami, które mogły zakończyć się robotami przymusowymi, trafieniem do obozu koncentracyjnego, a nawet śmiercią. Poza Niemcami i Ślązakami do obozu trafiły również osoby należące do Armii Krajowej oraz Narodowych Sił Zbrojnych. Wśród osadzonych znalazł się nawet milicjant.

Obóz pracy był miejscem docelowym, w którym znajdowali się osadzeni, jednak zanim to się stało, przebywali oni często w aresztach UB oraz MO. Aresztanci do Mysłowic docierali piechotą, a jedynie nieliczni dowożeni byli pociągiem. Osoby, które nie podołały trudom podróży, często rozstrzeliwano po drodze.

Początkowo do obozu zsyłano bez nakazów sądowych ani prokuratorskich. Proceder w wypadku komunistycznego obozu pracy w Mysłowicach trwał przynajmniej do sierpnia 1945 r., kiedy przybyła po raz pierwszy komisja prawników. Brak wcześniejszych nakazów związany był z akcją komunistycznych władz polskich, która wymierzona była w Volksdeutschów. Stało się tak, ponieważ chciano pozbyć się ich z terenów Polski jak najszybciej. Podstawą prawną tego działania miał być dekret PKWN z 4 listopada 1944 r. „o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców Narodu”. Według dekretu każdy obywatel Polski, który zdeklarował przynależność do narodu niemieckiego bądź korzystał z przywilejów wynikających z przynależności do narodu niemieckiego lub pochodzenia niemieckiego, poddany miał być przetrzymaniu, osadzony w miejscu odosobnienia (obozie) oraz wysłany do przymusowej pracy.

Do załogi obozu pracy w Mysłowicach należała straż obozowa z naczelnikiem na czele. Pierwszym z naczelników był wspomniany wcześniej Tadeusz Skowyra, który swój urząd piastował w okresie od lutego do grudnia 1945 r. Zaznaczyć przy tym trzeba, że praktycznie urząd objął dopiero w okolicach marca lub kwietnia. Stało się tak, gdyż pierwsze dwa miesiące przebywał na szkoleniu u por. Kupczyka, naczelnika więzienia w Mysłowicach. Władzę w tym czasie sprawował zastępca naczelnika więzienia ppor. Eryk Kasperczyk. Drugim naczelnikiem był Konrad Brabański. Sprawował on swoją funkcję jedynie przez trzy miesiące, od grudnia 1945 do połowy marca 1946 r., kiedy to zastąpił go trzeci i tym samym ostatni zarządca obozu Eugeniusz Oczkowski. Swoją funkcję pełnił do zamknięcia komunistycznego obozu pracy w Mysłowicach, które nastąpiło 4 listopada 1946 r. Na personel obozu składało się ponad 100 funkcjonariuszy więziennictwa. Wśród pracowników panowała nikła dyscyplina bądź nie było jej wcale. O tym fakcie donosili kontrolerzy przybyli do obozu z Wydziału Społeczno-Wychowawczego oraz Polityczno-Wychowawczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Niejednokrotnie zdarzały się przypadki bicia więźniów przez pijanych strażników.

Nad osadzonymi znęcali się nie tylko strażnicy, ale i pracujące tam strażniczki, które stanowiły ok. 15% służby więziennej. Zachowanie konwojentów, którzy eskortowali więźniów do pracy, również było naganne. Zakazywali oni przechodniom oraz więźniom kontaktów. Znany jest przypadek, kiedy jedna z kobiet na ulicy próbowała porozmawiać z idącym w kolumnie więźniów ojcem, w wyniku czego zaczęto do niej strzelać, natomiast ojca wychłostano po powrocie do zakładu. Niektórym strażnikom zdarzało się czasem okazywać ludzkie uczucia i zezwalali na rozmowę więźniów z bliskimi. Wszystko zależało od decyzji poszczególnych konwojentów. Rodziny osadzonych wspomagały swoich bliskich poprzez dostarczanie paczek z żywnością. Przekazywane były one przez strażników, jednak do więźniów trafiała jedynie część lub paczka nie docierała w ogóle, ponieważ całość została rozgrabiona przez personel obozu. Aby przesyłka dotarła, starano się przekupywać funkcjonariuszy wódką. Nie należały do rzadkości sytuacje, kiedy strażnicy dla własnych korzyści odbierali paczki dla zmarłych więźniów, nie uświadamiając przy tym rodziny o śmierci ich bliskiego.

Zabudowa obozu nie różniła się praktycznie niczym od pozostawionej przez Niemców w 1945 r. Nadal były to trzy budynki murowane, jeden barak, dwie wieże obserwacyjne, budynek stajni przebudowany na bunkier oraz barak gospodarczy. Warunki, w jakich żyli osadzeni, są nam znane głównie z ich relacji. Na porządku dziennym były pobicia. Niektórzy z więźniów wspominali, że już po samym dotarciu do obozu urządzano im „ścieżkę zdrowia” lub po prostu ich bito. Zaznaczyć trzeba, że osoby młodociane, które również trafiały do obozu pracy, nie były bite w trakcie swojego pobytu. Część więźniów zaraz po przybyciu do obozu spała na glinianej podłodze w pomieszczeniu 20×6 m. W wyniku panującego zimna musieli spać w „kuckach”, ściśnięci i przytuleni do siebie. Wśród wyżej wspomnianych pobić zdarzały się przypadki śmiertelne. Zagrożeniem dla życia i zdrowia były ponadto tragiczne warunki higieniczne, wszechobecny brud, robactwo i wszawica.

W wyniku masowych wywózek większości mężczyzn zamieszkujących Górny Śląsk na roboty do ZSRR, brakowało rąk do pracy. Starano się zaradzić temu problemowi poprzez zatrudnianie więźniów obozu w różnych zakładach pracy. Zapłatę za ich pracę otrzymywała komenda obozu. Do lipca 1945 r. obóz w Mysłowicach dostarczył górnictwu 2 250 przymusowych robotników. Pracowali oni m.in. w takich kopalniach, jak: Paryż, Niwka, Śląsk, Mysłowice, Klimontów oraz w innych zakładach zagłębia dąbrowskiego, chorzowskiego i katowickiego. Oprócz masowych zatrudnień kopalnie przyjmowały do pracy również pojedynczych specjalistów, jak mierniczych górniczych czy sztygarów, którzy również znajdowali się w obozie. Pracujący w zakładach trafiali często do podobozów kopalnianych. Mieli w nich, przynajmniej w teorii, zdecydowanie lepsze warunki bytowe. Zakazywano bicia i znęcania się nad więźniami, zapewniano odpowiednie wyżywienie, pozwalano na widzenia raz w miesiącu oraz otrzymywanie paczek. Kary mogły mieć tylko charakter dyscyplinarny. W regulaminie wewnętrznym dla obozów pracy przymusowej przy kopalniach i zakładach pracy w przemyśle górniczym podkreślano, że obóz pracy nie jest obozem karnym. Mimo to więźniowie często pracowali i spali w tych samych ubraniach. Pomieszczenia, w których osadzeni nocowali, zazwyczaj były zawszawione i zapluskwione. Pracowali zarówno zdrowi, jak i chorzy, a także ranni w wypadkach. Ciężka praca i tragiczne warunki doprowadzały do całkowitego lub ogromnego wykończenia organizmu. W wyniku takiego stanu rzeczy jeden z pracowników stracił obie nogi, które mu amputowano. Rany powstałe w trakcie pracy łatwo ulegały zakażeniom, co powodowało rozwój gangreny, która z kolei prowadziła do śmierci osadzonego.

Poza przemysłem górniczym więźniowie wykonywali szereg różnych prac. Pracowali m.in. przy załadunku wagonów na stacji towarowej, sortowali rzeczy zagrabione przez żołnierzy radzieckich, poszerzali tory, kopali okopy w okolicach Pszczyny. Ponadto część więźniów trafiła do innych wielkich zakładów pracy, takich jak huta Baildon, Batory, fabryki maszyn w Tarnowskich Górach oraz zakłady porcelanowe w Katowicach czy przędzalnia wełny w Sosnowcu. Część znalazła zatrudnienie w warsztatach na terenie obozu. Pracowali jako krawcy, szewcy, stolarze, ślusarze.

Opieka medyczna w obozie praktycznie nie istniała. Na jego terenie co prawda znajdowała się izba chorych, jednak nie posiadano tam żadnych leków. Większość osób bała się tam trafić i zatajała swój stan zdrowia z obawy przed jego pogorszeniem się w wyniku trafienia do izby. W opinii części więźniów, którzy przebywali w różnych obozach, warunki w Mysłowicach należały do najcięższych. We wrześniu 1945 r. wybuchła epidemia tyfusu. Trwała do lutego następnego roku. W wyniku zarazy zmarło 277 osób. Kolejną częstą przyczyną zgonów był głód, wycieńczenie, brak należytej opieki lekarskiej, robactwo i rozprzestrzeniające się choroby. Zdarzały się również zgony w wyniku pobić oraz samobójstwa. Zmarłych chowano na cmentarzu ewangelickim oraz katolickim (cmentarz NSPJ). W zeznaniach więźniów pojawiają się także informacje o chowaniu na cmentarzu żydowskim w dzielnicy Piasek oraz w bliżej nieokreślonym lesie. Nie znaleziono jednak dotychczas żadnych dowodów, które mogłyby potwierdzić tę tezę.

Ostateczna i dokładna liczba zgonów nie jest znana. Wpływa na to fakt nieścisłości w dokumentach, które wynikają prawdopodobnie z niekompetencji urzędników i funkcjonariuszy więziennictwa oraz z ogólnie panującego powojennego chaosu. Zdarzają się przypadki, gdzie jedna osoba do rejestru została wpisana dwukrotnie lub gdy nie ma dokumentów potwierdzających zgon danej osoby. Nad finalną listą osób, które zmarły lub zostały zamordowane w trakcie przebywania w obozie, pracują aktualnie pracownicy Muzeum Miasta Mysłowice. Szacuje się, że prawdopodobnie w okresie funkcjonowania obozu przeszło przez niego od 10 do 15 tys. ludzi. Śmierć z różnych powodów poniosło co najmniej 2 281 osób (2 238 z nich zmarło w 1945 r., natomiast 43 osoby zmarły w 1946 r.). Podana liczba jest wartością minimalną, która nie obejmuje osadzonych zmarłych we wszystkich podobozach komunistycznego obozu pracy w Mysłowicach w latach 1945-1946.

Podczas pisania artykułu wykorzystano następujące publikacje:

  • Wacław Dubiański, „Obóz pracy w Mysłowicach 1945-1946”,
  • Helena Witecka, „Mysłowice – Miejsca kaźni i męczeństwa”,
  • „Więzienia hitlerowskie na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i w Częstochowie” pod red. Andrzeja Szefera.

Nadesłano przez: Wojciech Kornasiewicz




Komentarze