Mysłowice przed laty

fot. zbiory autorów
Okładka wydania oryginalnego z 1911 rokufot. zbiory autorów

Jedynie przeczytanie w całości książki Antona Oskara Klausmanna da nam pełny opis życia w Mysłowicach w drugiej połowie XIX w. Książka wydana została pierwotnie w 1911 r. w Berlinie. Polskiego wydania pt. „Górny Śląsk przed laty” podjęło się Muzeum Historii Katowic. W „Gazecie Mysłowickiej” prezentujemy przedruk fragmentów.

160 lat temu Mysłowice wyglądały zgoła inaczej. Dla ówczesnych mieszkańców murowane budynki, wznoszone coraz częściej pośród drewnianych chat, były zapewne powiewem wielkiego świata. Na ich oczach miasto zmieniało się nie do poznania. Starsi mysłowiczanie, którzy pamiętali czasy napoleońskie stali się z biegiem lat mieszkańcami jednego z najbardziej uprzemysłowionych regionów Europy.

Zapraszamy państwa w podróż w czasie z Antonem Oskarem Klaussmanem. Urodził się we Wrocławiu. W wieku kilku lat przyjechał wraz z rodzicami do Bytomia, następnie do Szarleja. Ostatecznie zamieszkał w Morgenrocie koło Szopienic. Mieszkając w Morgenrocie Anton, jako mały chłopiec, zaczął uczęszczać do szkoły w Mysłowicach. Jak sam wspomina Mysłowice stanowiły wtedy dla niego stolicę świata, w którym żył. W wielkim skrócie prezentujemy wybrane fragmenty z ponad 200-stronicowej książki opisującej tamte czasy.

ŻYCIE CODZIENNE

„Żyliśmy wówczas w świecie patriarchalnym, w owym trzeźwym, oszczędnym, skromnym czasie, który był konieczny, by otrząsnął się ze straszliwych skutków epoki napoleońskiej i wojen wyzwoleńczych. (…) Wszystko było prymitywne, nawet w domach urzędników nie było tapet. Izby po prostu bielono albo malowano farbami klejowymi, a niebieski, czerwony lub liliowy pasek tuż pod sufitem był jedyną dekoracją wnętrza. Pomalowanie ścian farbami olejnymi uważano za luksus. Meble były niesłychanie skromne, proste, surowe, ale solidnie wykonane. Przechodziły one z pokolenia na pokolenie. (…) Dywany były wtedy rzadkością i miewały raczej skromne rozmiary. W pokoju gościnnym kładziono zazwyczaj bieżniki. Parkietów i podłóg malowanych olejną farbą jeszcze wówczas nie znano. (…) Wodociągów oczywiście nikt wtedy jeszcze nie znał, studnie z dobrą wodą były rzadkością; często zresztą wysychały, zwłaszcza w pobliżu kopało, jako że pompy kopalniane ściągały całą okoliczną wodę gruntową. Wszędzie w związku z tym budowano studnie z pompami, ale te z kolei nie zawsze dawały dobrą wodę i często trzeba ją było przynosić ze znacznie oddalonych miejsc. (…) Do oświetlania izb mieszkalnych służyły lampy olejowe. Do nocnego chodzenia ze światłem, myszkowania po gospodarstwie – świece łojowe. Zapałki, pakowane w małe, papierowe torby, przychodziły z Bielska. Nocnego oświetlenia ulic naturalnie jeszcze nie znano. Albo świecił księżyc, albo noc była czarna. Zimą jasno było od śniegu. (…) Wstawano wcześnie rano, najpóźniej gdy już dzwoniły dzwony kopalni. Nieodmiennie zawsze tę samą kawę piło się w naszym domu, podobnie jak herbatę ze szklanek. Świeże bułki w małych miejscowościach dostępne były tylko raz, dwa razy w tygodniu. Zwykle jadano chleb. Zaopatrzenie było wtedy zresztą, jeśli nie posiadało się własnych zapasów w piwnicy, w ogóle bardzo mizerne. Należało dokładnie dowiedzieć się u rzeźnika w swoim osiedlu, kiedy będzie bił, ponieważ można się było wówczas zaopatrzyć w mięso. (…) Rzeźnicy mieli obrzydliwy zwyczaj nadmuchiwania za pomocą słomki mięso cielęce tak, by wyglądało okazalej. (…) Ptactwo każdy hodował sam. Pewien kłopot sprawiała hodowla kaczek i gęsi, ponieważ brakowało wody, wszędzie powszechnie trzymano jednak kury i gołębie. Masło i jaja przynosiły wiejskie baby, zwłaszcza przez granicę z Rosji. Można było te niezbędne w kuchni środki kupić na targu, ale ten odbywał się w Mysłowicach i na odwiedzenie go panie domu i służące potrzebowałyby więcej niż pół dnia. Kartofle i jarzyny kupowano jesienią, tak że wystarczało ich aż do następnego roku. (…) Również rodzina niemiecka miała w piwnicy swoją beczkę kiszonej kapusty, którą robotnicy i wieśniacy zwykle trzymali w izbie, gdzie wydzielała sobie właściwy, równie charakterystyczny jak obrzydliwy odór. Na zimę trzymano w beczkach ciętą, zieloną fasolę, jaja w wodzie wapiennej, pewną ilość jarzyn i zielonej kapusty w kopczykach z piasku w piwnicy. Najważniejszą część prowiantu dostarczało jednak świniobicie, niezwykle ważny »obrządek«. (…) Z napojów magazynowano zwyczajne piwo, którym napełniano wielkie butelki z zielonego szkła i składowano je w piwnicy. Wino przechowywano w bardzo niewielu piwnicach, za to tym większe były zapasy spirytualiów, również wódki i rumu. (…) Dziczyzna i ryby były dostępne okazjonalnie. Zająca od czasu do czasu otrzymywało się w podarunku od zaprzyjaźnionego gajowego, ryby przynosili robotnicy, którzy w wolnych chwilach szli wędkować łapano również raki. Ale że wody bieżącej w naszych okolicach było bardzo niewiele, do tego w tych nielicznych istniejących strumieniach jej jakość pozostawiała bardzo wiele do życzenia, najczęściej spożywaną rybą był śledź w postaci solonej i wędzonej”.

POWSTANIE STYCZNIOWE

„Było to w pierwszych dniach lutego 1863 roku, my uczniowie z Wilhelminy szliśmy właśnie drogą do Mysłowic, gdy w szarym świetle wschodzącego dnia przeżyliśmy spotkanie, jakiego nigdy przedtem nie dane nam było doświadczyć. Usłyszeliśmy stukot kopyt, po czym zobaczyliśmy pędzących galopem od strony Mysłowic trzech ułanów. (…) Patrol ułański składał się z podoficera i dwu jego podkomendnych. Jeden z ułanów trzymał dobytą szablę, drugi miał gotowy do strzału karabin wsparty na udzie. (…) Podoficer zatrzymał się wraz ze swymi ludźmi i zapytał o drogę. Spotkał nas w miejscu jakby do tego celu stworzonym, przy kamieniołomach. (…) Ułani odbywali patrolowe rajdy wzdłuż całej granicy, wysyłano patrole również nocą. (…) Wśród Rosjan panowała totalna panika. (…) Ze wszystkich najdalszych posterunków (…) żołnierze uciekali w panice, z bronią albo bez broni w stronę pruskiej granicy i przekraczali ją. Tu ich natychmiast rozbrajano i łączono w większe grupy. (…) Zbliżył się do nas wóz chłopski, na którym leżało czterech rannych rosyjskich żołnierzy straży granicznej. Jeden z rannych wyglądał tak przerażająco, że zapamiętałem go na całe życie. Jakiś kosynier zadał mu cios w twarz i to z góry na dół. Skóra na czole, nos, górna warga zostały gładko odcięte od twarzy. Ranny był na szczęście nieprzytomny, jego szaroniebieski szynel ociekał krwią, pozostali trzej ranni również byli zakrwawieni i nawet bandaże, którymi mieli owinięte głowy i ręce, ociekały krwią. (…) Na jednym z rozleglejszych placów w Katowicach urządzono biwak dla wieluset rosyjskich żołnierzy, którzy na odcinku od Mysłowic do Huty Laury zbiegli przez granicę. Tu ich wszystkich zgromadzono. Następnego dnia byłem z moją matką w Katowicach, żeby obejrzeć sobie to obozowisko. Wśród żołnierzy można było zobaczyć siwowłosych ludzi, gdyż służba wojskowa w Rosji trwała wtedy jeszcze 30 lat”.

Ten niewielki wybór tekstu z książki to tylko maleńki fragment z dziejów naszego miasta. Książka „Oberschlesien vor 55 Jahren” wydana została pierwotnie w 1911 r. Wydanie drugie książki pojawiło się w 1997 r. Książkę przetłumaczył Antoni Halor – reżyser i dokumentalista.

„Górny Śląsk przed laty” posiada wartość dokumentalną, kulturoznawczą i powinna być „żelazną” pozycją w biblioteczce mysłowiczanina interesującego się historią swojego miasta oraz regionu Śląska i Zagłębia. Ważne jest również, aby zapoznać się z rozdziałem „od wydawcy”. Znajdziemy w nim dodatkowe informacje, które wyjaśniają pewne potknięcia autora co do faktów z historii i pozwolą nam zrozumieć szersze tło przedstawionych wydarzeń.

Książkę w cenie 14 zł można nabyć w siedzibie Muzeum Historii Katowic w Katowicach przy ul. Szafranka 9 (www.mhk.katowice.pl).





Komentarze